Dostałam pod poprzednim

12 marca, 2026

postem, taki komentarz:

„Dzień dobry Pani, od wielu lat zaglądam na Pani bloga, a tylko raz skomentowałam przekazując wyrazy współczucia po śmierci Osoby dla Pani bliskiej. Może to górnolotne co napiszę, ale to jak Pani pisze o życiu jest dla mnie bardzo ważne. Wnosi Pani w moje myślenie o tym szalonym świecie tak wiele dobrego, że choć raz chcę za to podziękować! Życzę również udanego wyjazdu! Bożena”

Wzruszyłam się, naprawdę się wzruszyłam. Mam mocne poczucie solidarności kobiecej, jestem kobietą i nie waham się tego używać. Nie chodzi mi o płytką (acz potrzebną) wartwę kobiecości-trzepot rzęsami i kołysanie biodrami. Chodzi o siłę, którą każda z nas ma w sobie, ten szczególny rodzaj siły, jakiej nie mają mężczyźni. Teraz, na dwa lata przed sześćdziesiątką (co????) mam poczucie swojej siły i życiowej sprawczości, ale dobrze pamiętam jak sponiewierana, nic nie warta i słaba czułam się po rozstaniu z Nemo (któremu za to, że mnie porzucił jestem dozgonnie wdzięczna. Jakie nudne, rutynowe i przewidywalne byłoby moje życie u jego boku!). Nie miałam wtedy świadomości, że zupełnie nieważne jest kto będzie obok mnie, nieważne co kto będzie mówił, nieważne ile będę mieć pieniędzy, najważniejsze było dotarcie do bijącego we mnie, pierwotnego źródła siły z silnym pierwiastkiem przetrwania, ochrony dzieci, miłości do siebie i radości z życia. Gdy odwaliłam w sobie ten wielki, przygniatający wewnętrzne źródło mocy kamień smutku, poczucia straty, upokorzenia i tęsknoty za miłością mojego życia, poczułam się wolna. Było ciężko, ale nigdy nie opuściła mnie chęć i radość życia, bo życiem cudem jest i zauważenie tego nadaje mu sens. Pierwszego bloga, tego którego już nie ma w sieci, zaczęłam pisać w 2006 roku, 19 lat temu. Mam go zapisanego, czasem wracam do starych notek i śmieję się sama z siebie. Ale nie mogę nie docenić, jak bardzo mi to pisanie w sieci pomogło! Jaka to była dla mnie terapia! I może teraz, będąc mądrzejszym i chyba lepszym człowiekiem nie upokarzałabym tak kobiety-koń, ostatecznie nie była to tylko jej wina w tym nieszczęsnym romansie, ale dzięki mnie została zapamiętana – a były to czasy, gdy bloga czytało 50 tysięcy osób dziennie. Została kobietą-koń po wsze czasy, ma swój pomnik w internecie i to jest moja słodka zemsta za jej nielojalność i podłość.

W życiu zawodowym spotkałam niezliczoną już ilość mniej lub bardziej skrzywdzonych kobiet. Jedne dają sobie radę, inne się załamują, bo nie wierzą w swoją sprawczość. A siła naprawdę jest kobietą. To co nas spotyka, poza śmiertelną chorobą, jest do pokonania, do oswojenia, do przeskoczenia. Póki oddychasz, to żyjesz. Jak żyjesz, to chcesz przetrwać. Jak przetrwasz jedno, to dlaczego nie drugie? Szukanie rozwiązania, czasem wywalenie wszystkiego do góry nogami, czasem odwaga, by poprosić o pomoc… wszystkiego trzeba się złapać, by żyć, a nie wegetować sparaliżowana codziennym strachem.

I cieszyć się, cieszyć z byle czego! Śmiech, dowcip i radość, to moja najpotężniejsza broń na problemy.

Ściskam Was wszystkie (nie sądzę, by czytał mnie jakiś mężczyzna, no chyba że Nemo podgląda;)

Li


No i przychodzi

10 marca, 2026

taki wtorek, gdy słońce grzeje, ptaki śpiewają, trawa rośnie i od razu łatwiej wydostać się z zadupia Smutów i Rozterek. Kiedyś wszystko przychodziło mi łatwiej, teraz o wszystko muszę walczyć, nawet o swój dobry nastrój. Ale walczę, i póki żyję, to żyć będę pełnią tego mojego jedynego życia. Cieszę się na piątkowy wylot do Kalabrii, lecimy w miłą czwórkę, będzie wesoło! Znowu zapakuję w walizkę polskie ciasta, bo i Elia i Rina są ich wielkimi wielbicielkami, pierwszy raz w życiu jadły makowiec! Makowcowa poprzeczka została ustawiona wysoko, sprostał jej już orzechowiec i rogale marcińskie, teraz zabieram sernik i zestaw herbatek z Herbapolu, taka borówkowa z chabrem nie ma sobie równych, a rumianek z brzoskwinią, to już w ogóle poza konkurencją. Mój włoski jest już coraz lepszy, Achillus bardzo mnie motywuje, czuję ten język, kocham jego melodię, słucham piosenek, wyłapuję znajome słowa, ważne by rozumieć kontekst, by za wszelką cenę się porozumieć, za rok będę mówić płynnie, jestem tego pewna. I tak się cieszę na mój włoski domek, myślę o nim, jak czeka, jak tęskni, jak czekają miejscowe koty na obfitość jedzenia, może zaplanuję co zrobię tym razem, może będę malować balustrady, a może tylko pójdę na daleki spacer plażą, bez planów, bez zakupów, z czystą, pierwotną przyjemnością bycia w tak pięknym miejscu, pełna zachwytu nad kolorami morza. Oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba. Co nie zmienia faktu, że moje plany zakupowe kolejnych domów są już mocno skrystalizowane i ostateczne, bo musi być równowaga między romantyzmem a kapitalizmem, ot co!

Mam również nadzieję, że to będzie spokojny weekend jeżeli chodzi o moją mamę, bo mój brat też wyjeżdża na urodzinowy wyjazd do Hiszpanii i na posterunku zostanie tylko Gusia, a może aż Gusia- ciągle zapominam, jakie jest rozważne i zorganizowane to moje dorosłe dziecko.

Ciągle trudno mi uwierzyć, że realizacja życiowego marzenia o domu na południu Europy była taka prosta. I że tak płynnie weszłam w sąsiedztwo, tak miło zostałam zaakceptowana, taka zaopiekowana chęcią pomocy, przydatnymi informacjami, kontaktami z miejscowymi, poleconymi fachowcami. „Wprowadziłaś element sensacji w życie miejscowych” powiedziała mi Rina, „jest o kim rozmawiać, bo wszyscy tu o wszystkich wszystko wiedzą”. Rozśmieszyło mnie to, bo kocham małomiasteczkowe klimaty. Czuję się bezpiecznie.

Li


Mimo, że

8 marca, 2026

co do zasady staram się być szczęśliwym człowieczkiem, to dopada mnie życie w jego najgorszej odsłonie i muszę wtedy dawać odpór, a to potrafi mnie solidnie wyczerpać. Byłam w Kalabrii, gdy mama przeszła udar, a raczej mikro udar do mikro mózgu, według słów prowadzącej lekarki. Szczęśliwie zajął się tym mój brat. Zostaliśmy pochwaleni za ogólny stan naszej matki, chociaż piękna skóra, brak odleżyn i ogólna dobra kondycja to przede wszystkim zasługa naszych cudownych opiekunek z Ukrainy, uwielbiam te kobiety, serio. Są oddane, pracowite, inteligentne i są po prostu dobrymi ludźmi. Po tomografie w szpitalu wiemy, że mózgu praktycznie nie ma. Ale ogólny stan innych organów jest wręcz doskonały, więc… wegetacja trwa i pewnie jeszcze długo trwać będzie. Straszny, straszny los, choć chyba bardziej nasz, bo u mamy nie ma już żadnych odruchów, świadczących o jakiejkolwiek świadomości. Chciałabym, żeby moja mama umarła, możecie mnie zlinczować za te słowa, ale ja zdania nie zmienię. Upokarzająca wegetacja nie powinna kończyć życia tak barwnego ptaka. Mam w swoim domu jej portret, była taką piękną kobietą! Ta skurczona w pozycji embrionalnej staruszeczka nie ma już rysów mojej matki. Patrzę na nią jak na kogoś obcego, nie mogę się przełamać do dotyku, do wzięcia za rękę. Jest mi z tym bardzo, bardzo źle. Omijam ją wzrokiem, wpadam na minutę, nie umiem do niej mówić. Nigdy nie było pomiędzy nami takiej bliskości, jaka jest pomiędzy mną, a moimi córkami, ale to jednak moja matka, a ja nie potrafię.

Dbam, by niczego jej nie brakowało, dbam o komfort opiekunek, ale nie jestem dobrą, oddaną córką. Nie poświęcam siebie, po prostu realizuję obowiązek opieki nad bezradnym, umierającym na raty rodzicem. Dobija mnie świadomość własnego dystansu, moim kotom daję więcej miłości i czułości.

Nie będzie dziś nic o Kalabrii, sama słyszę ten dysonans. Ale kota w doniczce Wam nie odmówię, zawsze niech będzie ta kropla radości.

Li


Milczałam, bo

26 lutego, 2026

wszystko co miałam do powiedzenia, nie nadawało się do powiedzenia bez soczystych przekleństw.

Ale jak wiadomo- ja milczeć nie potrafię, więc oto raporcik z ostatniego weekendu:

Wróciłam we wtorek w nocy i jutro znowu lecę do Kalabrii, to jak podróż tramwajem z Bieżanowa do Nowej Huty.

Sytuacja jest niezwykle dynamiczna i ściśle jest związana z nielegalnym tarasem moich sąsiadów.

Fakt jest taki (o czym nie wiedziałam wcześniej): dopóki ten taraso-basen istnieje, to będę zalewana. Poprzedni właściciele byli podobno bezsilni. Ale ja nie wiem co to jest bezsilność. W takiej sytuacji wychodzi ze mnie skorpion i nie daje się zabić, choć najpierw musiałam sobie solidnie popłakać, naprawdę solidnie, byłam wściekła i rozżalona. Dałam się nabrać na białe ściany.

Jednak:

Nie pozwolę nikomu niszczyć mojego domu, jest już tak pięknie posprzątany, projekt łazienki zrobiony, materiały do niej zamówione! I nawet trzymałam się budżetu, znalazłam cudne płytki za 28 euro za metr kwadratowy. Kto wie, ten wie, jak trudno w krainie pięknych płytek nie ulec pokusie!

Rozwiązanie, na które wpadł Agazio jest niezwykle perfidne w swojej prostocie. Otóż zaproponował skłóconym spadkobiercom, by sprzedali mi swoją ruinę za 5 (pięć, tak pięć) euro, jako rekompensatę za zalewanie. W przeciwnym wypadku pozwę każdego z nich osobno, zażądam odszkodowania, a poniesione przez nich koszty przewyższą wartość domu.

Generalnie postraszył mną jak dżumą.

Poszli na to, warunkiem z ich strony jest poniesienie przeze mnie opłat notarialnych, wraz z podatkiem (nie więcej niż 2500 euro). Poniosę je z przyjemnością.

W związku z powyższym niedługo kupuję za 5 euro (chcę zbić cenę do 1! Nie ma co przepłacać!) sąsiadujący ze mną dom. Jeszcze nie mam pojęcia co z nim pocznę, ale biorąc pod uwagę moje szczęście, los na pewno coś dla mnie wymyśli. Takiego scenariusza nie przewidziałam w najbardziej przygodowych snach. Plusem jest to, że spokojnie zabezpieczę swój dom. Minusem, że jest to niezamieszkała od kilku lat ruina. Ale ma zdrowe ściany, zdrowe stropy, jest dwa razy mniejsza niż mia casa, może ją trochę podremontuję, w międzyczasie dołączę do swojego pierwszego domu ten sporny kawałek dachu, no i… wystawię na sprzedaż. Będzie się działo! (Jak zwykle).

A jakby tego było mało, poznałam przemiłą kobietę, która… koniecznie chce mi sprzedać swój dom- oszalałam, gdy go zobaczyłam- zadbany, z czterema tarasami, z nowymi oknami, bardzo włoski, klimatyczny, są z niego takie widoki… i jest w moim zasięgu finansowym.

Jak żyć, pytam, jak żyć?

Bo ten widok, te drzwi i ten ganeczek mnie powaliły. Mamma mia!

Aaaaaaaaaaa!!!!!!!!

Li


Powoli do mnie

18 lutego, 2026

dochodzi pewność, że jestem kolejną ofiarą włoskich zaklęć, z których na razie najlepiej znam dwa, ale na pewno jest ich więcej. Pierwsze to „domani”, czyli jutro. Drugie to „piano, piano”, czyli spokojnie, powoli, coś w stylu „mora, mora” na Madagaskarze i „hakuna matata” na Zanzibarze. Pytam Agazio prostymi zdaniami: kiedy dostanę odpis aktu notarialnego(umowa była 25.01.26)? Kiedy dostanę umowę na prąd, na wodę, na śmieci? No kiedy? Domani, Monika, domani! Piano, piano. Przychodzi to domani, ale ono jest już oggi, czyli dzisiaj. Domani jest domani, capisci? A gdy pytam, kiedy zobaczy się z właścicielami sąsiedniej nieruchomości, tej z „ekskluzywnym” basenem? Stasera vado e parlare, Monika, piano, piano. Coś czuję, że wiele wody upłynie w miejscowej rzece, zanim zamknę sprawy remontowe. Ale z drugiej strony… B. remontuje swój dom już trzeci rok, za każdym razem coś nowego, może taki sposób remontu rzeczywiście jeszcze bardziej będzie cieszyć? Szukam plusów, szukam plusów- mam na czym spać, w łazience jest ciepła woda, kuchnia jest w tragicznym stanie, ale kawę sobie zrobię, a remont dachu, co jest najważniejsze, zacznie się lada moment. Domani.

Ale jestem nadal bardzo szczęśliwa i mam absolutne przekonanie, że to jest mój najlepszy pomysł ostatnich lat. Agazio mi pisze, że „Ci vuole molta patienza” (potrzeba dużo cierpliwości), dochodzi więc do mnie, że niczego nie przyspieszę, mogę tylko zaakceptować ten niespieszny rytm i … przecież między innymi dla tego dolce far niente, dla tego vita lente kupiłam mój dom.

Dziś przylatuje moja Starsza, w piątek lecimy do Kalabrii, muszę pokazać Dziewczynom co kupiłam, to przecież jest też ich dom, nasz dom!

Li


Ech Ci Włosi,

15 lutego, 2026

niech kaczka kopnie tę włoską prowizorkę i pomysły budowlane z kompletnej d…

Dziś Cosimo-ojciec Agazio wszedł nareszcie na mój dach, bo po trzech tygodniach deszczu (kolejny straszny cyklon, rujnujący kalabryjskie wybrzeże) i napadaniu rocznej normy nieśmiało wyszło słońce. Szybko wyjaśniła się tajemnica zalania mojego domu- to nie wina dachu, a sąsiada, który zrobił sobie tarasik nad moją kuchnią (dlaczego to nie jest moje, nie pytajcie. Na zdrowy rozum dach nad kuchnią powinien być mój, a nie jest), a tarasik ma formę niecki, bez odpływu wody. Z każdej strony otoczony jest murem innych kamieniczek, woda nie ma ujścia, więc stoi sobie na posadzce i przecieka do mnie. Absurdalna sytuacja! W dodatku pisząc „sąsiad” nie mam na myśli konkretnej osoby, bo niestety graniczę z niezamieszkałą ruinką. Potężnym domem, ale w kiepskim stanie. Rozważam czy go też nie kupić, nie wyremontować i nie sprzedać w swoim dobrze pojętym interesie. Agazio twierdzi, że będzie tańszy niż mój. Ale czy ja to wytrzymam? Już przecież teraz niecierpliwość zżera mnie na amen, z czym walczę, walczę, ale ciągle przegrywam.

Agazio twierdzi, że to nie jest problem, a zaledwie malutka niedogodność. Kiedy ja nareszcie nauczę się tego włoskiego luzu? Tego przekonania, że wszystko kiedyś da się załatwić, że się zrobi, że nie będzie problemu, że …. a teraz chodźmy na wino, pokażę Ci swoją cantinę, piano, piano.

No i sami zobaczcie, sąsiaduję z basenem.

Ale nie wyobrażam sobie innego rozwiązania, jak to, że będzie dobrze, że w ostateczności wyremontuję ten kawałek na swój koszt, puszczę przez swój taras odwodnienie i będzie pięknie, bo tam za tymi chmurami, pomiędzy dwiema górami niebieści się morze.

Dam radę, vero? VERO?

Li


Bardzo niedobry ten poniedziałek,

9 lutego, 2026

jakby wysypał się wór ze smutkami. Z każdej strony złe wiadomości, głównie o chorobach bliskich mi osób, a zwłaszcza ich mężów, co za ulga że nie mam męża, o jedną osobę martwię się mniej. Operacje, wznowy, prześwietlenia, choroby, czy tak już będzie? Czy to TEN wiek? Wg statystyk mężczyźni w Polsce żyją średnio 75 lat, o 7 lat krócej niż kobiety. Dzisiejsze wiadomości zaniżają te statystyki zdecydowanie. A kysz, zły losie!

Szukam pozytywów, choć mam przed sobą tak ciężki tydzień, że mogę tylko stanąć z nim na ringu i bić się o przetrwanie. Ale jest nadzieja na zmianę, w piątek idę na koncert Grzegorza Turnaua, potem jak zwykle szybko przebiegnie weekend, i już będzie nowy tydzień i moja Kalabria. Kurczowo się trzymam tej myśli, kurczowo. To moja kotwica, boja ratunkowa, obecne centrum mojego świata ze słońcem.

Gusia „zapomniała” o kubeczkowym zakazie i kupiła dwa kubki, słodkie i kiczowate, aż miło. Lojalnie zapytała, haha…są takie śliczne, że zakaz został chwilowo uchylony:) Jak zwykle konsekwentnie niekonsekwentnie.

Ale zrobiło się jakby jaśniej, cieplej i przytulniej, prawda? No i pasują do nowej pościeli w serduszka.

Przetrwać zły czas, przetrwać zły czas, wszak – wszystko mija, nawet najdłuższa żmija/by Lec

Li


Miałam być systematyczna

7 lutego, 2026

i pisać codziennie, wychodzi jednak tak jak zwykle. Ten brak czasu tak dolega, mimo moich wysiłków doba ma 24 godziny i nie chce być dłuższa ani o sekundę. A niestety muszę przecież spać. I codziennie uczyć się włoskiego. Miotam się więc między życiem, a snem, mam poczucie, że ciągle biegnę, a mety nie widać.

Od Agazio płyną tylko dobre wiadomości- mam zgodę na zrobienie tarasu! No i dostałam większy przydział mocy prądu, bo zdecydowałam się na wyrzucenie gazu z domu. Gazu w sensie butli gazowej, wszyscy tam gotują na butlach, ale ja nie chcę. Boję się gazu, nie będzie mi się też chciało taszczyć butli (30 kg!) na pierwsze piętro, gdzie mam kuchnię, a już z pewnością gaz skończyłby się w niej noc mojego przyjazdu, znam swoje szczęście, haha. Będę mieć więc płytę indukcyjną, do tego potrzebne było zwiększenie mocy.

Za dwa tygodnie o tej porze będę z Karolcią w Kalabrii, czekam na to jak na głęboki oddech. Zwolnię, zajmę się kupowaniem pralki i rozmową z moim wykonawcą tarasu. Mam tyle pomysłów! Mój niebieski zeszyt z napisem „Mia casa in Calabria” szaleńczo od nich tyje i niech tyje. Pomysły rodzą pomysły, kocham ten stan twórczości. Przypadkiem poznałam miejscowego artystę. Obiecał zrobić mi dekoracyjne tynki, a robi między innymi takie. Czyż nie są piękne?

Wykorzystam je w łazience i w kuchni, ale powoli, piano, piano, szaleję w zeszycie, zwalniam w życiu, muszę być realistką, co nie zmienia faktu, że planowanie, marzenia, wizualizacje kolorują mi ten lutowy, szary czas.

Miłego weekendu! Kiedy koniec tej szarości, do diaska?

Li


Dziś zapadł wyrok

3 lutego, 2026

w sprawie „Polskiego Fritzla”, czyli kolejnego sadysty czerpiącego satysfakcję ze znęcania się nad kobietą i jej poniżania. Oskarżony ma 35 lat, ofiarę zwabił w 2019 roku, poznając ją na portalu randkowym. Poczytajcie tę historię, jeżeli jej nie znacie, bo mnie najbardziej w tej sprawie poza całą ohydą przestępstwa popełnionego przez sprawcę uderzyło zachowanie jego rodziców- musieli wiedzieć o obecności kobiety w komórce we własnym obejściu, a jednak nie reagowali, milczeli, dawali przyzwolenie. Milczenie- forma udawania że czegoś nie ma, jeżeli się o tym nie mówi.

Li


Co robić

2 lutego, 2026

by zachować dobry nastrój, nie poddawać się zimnu i szarości? Jak trzymać mózg w ryzach, by wiedział że to nie depresja, a zaledwie brak słońca? (Brać na rozum, brać na rozum, minie luty będzie wiosna). Siedzę w pracy, patrzę na moją biedną oliwkę w lichym namiocie, grzejnik nie daje rady, boję się, że nie wytrzyma tych mrozów. Mam gigantyczny problem z Bandytą, moim biurowym, podwórkowym kotem- gdy biorę go do domu, to jest w wielkim stresie i zasikuje łazienkę na amen, gdy go zostawiam na podwórku, martwię się że marznie. Zrobiłam mu porządną budę ze styropianu, w środku ma ocieplaną budkę wyściełaną skórą renifera ( to straszne, ale dostałam ją w prezencie jako siedzisko do sauny, nigdy we życiu nie usiadłabym na skórze renifera gołą d…, korzysta więc Bandyś, jednak renifery wiedzą co to prawdziwe mrozy, więc ich futro na pewno grzeje), ale przy tych mrozach czy to wystarczy? W dzień siedzi ze mną, ale na noc muszę gada wypraszać. Nie mogę mu ufać, lubi sobie zaznaczyć teren. Zasięgałam opinii znajomych kociar, są skrajne! Robię więc to co dyktuje mi instynkt, upasłam go do wielkiej kluski, daję mu się ogrzać i musi przetrwać, skoro nie chce być kotem domowym. Całe życie spędził na jednym zamkniętym ogrodzie, tu jest panem, goni biedne ptaki i czuje się bezpiecznie. Ma grube futro i 13 lat. Kocha mnie, jestem jedyną osobą której ufa i mnie to rozbraja. Ostatecznie nie mam w życiu szczęścia do mężczyzn, ale mam do kocurów, co mnie zupełnie satysfakcjonuje. Czuję się kochana jakże małym kosztem- za puszeczki i ciepłą budę. Zawsze wierny, czeka przy drzwiach, miauczy z radości na mój widok… polecam, a ile problemów mniej!

Li

PS. Nie wytrzymałam nerwowo i zabrałam go na dwie noce. Szaleje w łazience, ale przynajmniej jest mu ciepło.


Mam marzenie,

1 lutego, 2026

by zmniejszył się mój stan posiadania rzeczy. Gusia rzuciła mi wyzwanie pozbycia się tysiąca rzeczy w ciągu roku, liczymy wszystko i poza kosmetykami i ciuchami (w mocno ograniczonym zakresie) nie kupujemy niczego innego. Żadnych nowych kubeczków, świeczników, rzeczy zbędnie niezbędnych i innych, kupowanych często kompulsywnie. Szczęśliwie sklepy typu „Action” omijam szerokim łukiem, znam swoją słabą naturę, coś bez czego mogłam obyć się całe życie, może nagle stać się przedmiotem pożądania. Nie umiem nie kupować książek, ale potraktuję te zakupy jako mój wkład w narodową kulturę i nie bedę liczyć ani książek, ani CD- ciągle jeszcze mimo, że mam Spotify’a kupuję CD. Lubię, ale muszę to przemyśleć, czy aby na pewno muszę.

W obszernym smutnym dziale mojej pamięci ciągle żywa jest likwidacja ogromnego domu mojej Mamy, jej rzeczy lądujące w kontenerze, była z nich taka dumna, a mój brat wziął na siebie ciężar pozbycia się ich bez wahania, nie chciałam na to patrzeć, zabrałam jedynie srebrne sztućce od Frageta jeszcze po mojej prababci, jeden porcelanowy serwis obiadowy, bo jest śliczny, kilka obrazów i filiżanki które Mama kupiła sobie za swoje pierwsze wynagrodzenie. Jest mi tak żal, dławi mnie smutny wyrzut sumienia, że coś co było dla niej takie ważne, jej dzieci wyrzuciły na śmietnik. Część rzeczy ma odroczony wyrok, bo stoi w mieszkaniu, w którym Mama ciągle mieszka ciałem, choć duchem już dawno nieobecna, ludzki skurczony kadłubek, bez świadomości i pamięci, świat reha-łóżka, karmienia strzykawką i tej cholernej choroby Alzheimera.

Moja A. , która kupiła dom na sąsiedniej ulicy i jest głosem rozsądku w naszej przyjaźni przestrzega mnie przed mną samą: „Monia, tylko nie rozpędzaj się z tym remontem”. Tak, to będzie trudne, wstrzymać konie i realizować plan budżetowy, cholernie trudne. Dlatego muszę mieć w pamięci „marność nad marnościami” i że „gdy zamkną za mną drzwi, pójdę boso, nie zabiorę nic”.

Moja B. która ma w Kalabrii dom od dwóch lat, mówi o satysfakcji remontowania po kawałeczku.

Ale ja ciągle się uczę, uczę się, uczę. I może nareszcie nauczę się cierpliwości.

Li


A z tym remontem,

31 stycznia, 2026

to nie przestaję o nim myśleć. Wizualizuję, szukam, analizuję, rysuję, a najbardziej to się cieszę.

Mam zamysł taki, by to był wygodny wiejski dom. Nie będę robiła żadnych łazienek glamour, absolutnie! Ma być prosto i w klimacie. Sekwencja czynności i tak nie może być inna: ściągnięcie dachu, utylizacja eternitu, wymurowanie tarasu, doprowadzenie na taras wody i prądu, uszczelnienie i położenie płytek. Potem okna, część chcę uratować, bo są piękne.

Prace będą od góry:

-dach, taras, woda i prąd na taras, uszczelnienie, płytki, okna, nowe zewnętrzne rolety (stare są nie do uratowania), skucie płytek w łazience i w kuchni, instalacja elektryczna, klimatyzacja, cała łazienka, płytki w kuchni, to plan minimum na ten rok. Meble kuchenne, łazienkę na dole i urządzenie drugiej sypialni zostawiam na przyszły rok. Decyzję co do przyszłości czerwonej podłogi też. Na razie nie mogę na nią patrzeć, ale może się uratuje…

Roboty huk! Oglądam filmiki na YT jak odnowić metalowe kute barierki, mam zamiar sama to zrobić i pomalować na kolor szałwiowy, będzie pięknie. No i jeszcze mam drzwi, piękne wejściowe drzwi! Nie mam pojęcia jak je odnowić, ale się dowiem. A gałki w drzwiach będą błyszczeć jak złoto, to pewne! Fajnie będzie często przyjeżdżać, żeby coś robić, a potem iść na plażę. I dzięki mojej budowie domu pod gwiazdami mam jako takie pojęcie o pracach budowlanych i remontowych, bezcenne doświadczenie, co dziwi włoskich mężczyzn…. Niech lepiej sobie uważają, o!


Zmowa milczenia.

29 stycznia, 2026

Dostałam kilka maili i uprzedzając kolejne napiszę od razu tak: nie będę nikomu szukać domu i nie będę podawać nazwy mojego miasteczka. Dom naprawdę można znaleźć samemu, bo idealista.it to kopalnia wiedzy, jest również w wersji polskiej. W moim miasteczku są cztery domy będące własnością umiłowanego narodu polskiego i jak dla mnie to wystarczy. Przepraszam, jeżeli ktoś poczuje się urażony, ale ja łaknę spokoju, a nie życia towarzyskiego. Tego mam nadto w Krakowie. Mia casa in Calabria to moja ucieczka od tłumów, zgiełku i wiecznie wrzeszczącego telefonu. Mieszkanie w centrum krakowskiego Starego Miasta stało się koszmarem, uwierzcie mi. Tłumy turystów, hałas, śmieci na ulicy (choć niby Kraków to jedne z czystszych miast Europy), a parkowanie pod domem to konieczność wielominutowych objazdów i szukania miejsca. Tak mi szkoda mojego domu pod gwiazdami, bo w sąsiednich oficynach wybudowano dwa potężne apartamentowce, ogromne, bezwzględne, egoistyczne, a nasza spokojna kamienica musi znosić teraz głośny szum kominów, wentylatorów, klimatyzatorów- na moim wcześniej tak intymnie spokojnym tarasie jest piekło szumu i wibracji. Wbrew woli słucham pijackich imprez z turystycznego koszmaru od strony podwórka i płakać mi się chce.

Im jestem starsza, tym mniej mam potrzeb konsumpcyjnych, a więcej potrzeb duchowo-przygodowych. Nie zależy mi też na nowych znajomościach, bo brakuje mi czasu na pięlęgnowanie starych. Oprócz blękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba.

(No chyba, że poznam kolejną tak fantastyczną kobietę, jak moja B., dzięki której mam dom z Madonną w centrum cudnego miasteczka. Ale taka znajomość trafia się raz w życiu, takie zazębienie, takie zrozumienie i taka frajda ze wspólnego czasu:)

Mogę odpowiadać na pytania, gdzie szukać, jak szukać, ile to kosztuje, jaka jest różnica między prima casa a seconda casa, ile wynoszą podatki, opłaty notarialne itp, ale na tym koniec. I nie ma co się na mnie gniewać, ja po prostu chronię swój spokój i spokój moich przyjaciół, zawarliśmy pakt milczenia, omerta.

Li.


Czy to będzie bluźnierstwo

28 stycznia, 2026

gdy napiszę, że mam swoja własną Madonnę z Dzieciątkiem*?

I że wystroję ją w błękity, czerwienie i złocistości, podświetlę i może zapunktuję u miejscowego proboszcza**?

Gdy usiłowałam sprzątać pozostawiony bałagan, przyszła do mnie moja sąsiadka Maria, lat na oko 80. Przyniosła mi wielką torbę z pomarańczami, cytrynami i pompelmi z ogrodu syna. Maria jest głuchawa, mówi wolno i głośno, dzięki temu rozumiałam aż co piąte slowo, więc jakoś się dogadałyśmy. Okazało się, że mieszkała w moim domu, urodziła w nim piątkę dzieci!

Ledwo wyszła, przyszedł Agazio ze swoim ojcem, oglądać zakres robót. Okazało się, że ojciec Agazia bywał w moim domu w dzieciństwie, to był dom miejscowego księdza, a Maria była jego siostrzenicą. Zapewnił mnie, że to jeden z lepszych i porządniejszych domów w miasteczku, poczułam się więc jeszcze większą szczęściarą.

Do tego mam własną Madonnę, już ją lubię i mam zamiar doprowadzić ją do stanu świetności. Jest na drugim piętrze, podświetlę ją solarami, będzie lśniła i pilnowała takiego antychrysta jak ja.

Li.

PS. *Oby się nie okazało, że jest warta więcej niż cały dom!

** Oby nie skończyła jak Jezus z Borji.


Przylecieliśmy w piątkę

28 stycznia, 2026

w poniedziałek w nocy.

Po wyjściu z samolotu urywało nam głowy, ale nie wzbudziło to żadnych podejrzeń.

Wiatr jak wiatr, deszcz jak deszcz, polska klasyka. Nie mieliśmy pojęcia, że szaleje cyklon. Drogi nadmorskie były zamknięte, ale to też nie wzbudziło cienia zdziwienia. Dojechaliśmy do domu B. przed północą, nikt nie zaglądał do internetu.

Na drugi dzień z nieba lały się wanny wody, to nam trochę zepsuło humor, ale mieliśmy konkretne plany- kupić wyposażenie domów- materace, kołdry, poduszki, kubki, sztućce, talerze- człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego ilu rzeczy potrzebuje. W sklepie było pusto, poza nami i obsługą nie było nikogo innego. Do tego były wielkie przeceny, no raj proszę Państwa, zakupowy raj. Wpakowaliśmy łupy do auta (a wypożyczyłam wielkiego suva) i poszliśmy do następnego sklepu, a tu wszystko pozamykane. Spotkana Włoszka wyjaśniła nam, że rząd ogłosił czerwony alert, zagrożenie życia, cyklon Harry… że co????

No i tak dowiedzieliśmy się, że wiatr jak wiatr, deszcz jak deszcz, ale do tego 12 metrowe fale, zdemolowana Sycylia i część Kalabrii.

O naszym wiecznym błąkaniu się po włoskich drogach, trzykrotnych powrotach w to samo miejsce, szalejącej nawigacji, szkoda pisać. Było dużo nerwów, dużo śmiechu, ale i mnóstwo beztroski. Czasem trzeba być tułaczem, by trafić na właściwą drogę.

Za to przyszła nagroda, bo błąkając się znaleźliśmy jedyną otwartą restaurację, byliśmy tam tylko my, pizza była wspaniała.

W czwartek cyklon schował swoje straszne oblicze i pokazało sie słońce. Morze było jeszcze wzburzone, ale już nie ryczące i groźne. W biurze Agazio zrobiliśmy przelewy do naszych sprzedających (taki poziom zaufania, że płaci się przed umową notarialną, bo potwierdzenie zapłaty notariusz musi otrzymać przed aktem) i dostaliśmy klucze.

I jak weszłam do tego prawie już mojego domu, to zaczęły walczyć we mnie dwa wilki- jeden absolutnie zachwycony, drugi absolutnie załamany.

Zacznę od załamki, bo już jej nie ma, więc to tylko historyczne wspomnienie: w domu był bałagan, ściany były zalane, umywalka w łazience dziurawa, a kuchnia do wyrzucenia.

A zachwyt trwa, jest coraz większy, do tego zalało mnie morze miłości i gdyby ktoś powątpiewał, czy można kochać kupę cegieł, to można, uwierzcie mi że można. Dom ma duszę, piękne widoki z okna, ogromne perspektywy i zrobię z niego nasze cudowne, ciepłe i piękne miejsce w Kalabrii. Nasz drugi dom. Seconda casa.

W piątek po umowie notarialnej puściły mi zawory i dzwoniąc do córek, popłakałam się ze wzruszenia. Niesamowitym przeżyciem jest spełniać swoje marzenia, choć uczciwie rzecz biorąc mało w tym mojej zasługi, bo jak to u mnie zwykle bywa- pomógł mi przypadek, znajomość z B. i trochę szczęścia.

W sobotę załatwialiśmy sprawy urzędowe (tak, tak, sobota, ale Agazio wszystko jest w stanie załatwić) a potem mogliśmy zabrać się za sprzątanie, każdy swojego domu. Zależało mi, by posprzątać choć jeden pokój, bo za trzy tygodnie wracam tam z Karoliną. Wcześniej jednak wyrwałam się nad morze, musiałam je zobaczyć odetchnąć, nacieszyć oczy kolorem, pożegnać na krótko.

Kupiłam wcześniej środki do sprzątania, mopy, miotły, ręczniki… jeden pokój już lśni, nowy materac leży na łóżku i w tym pokoju poza malowaniem, lampą i powieszeniem obrazów nic nie zmienię. To jest porządna włoska sypialnia, cieszę się że ją mam. Zostawię też płytki na podłodze, myślę, że jak dam na ścianę kolor oliwkowy to będzie ona z nimi pięknie współgrać. Chcę jeszcze wymienić gałki w szafie na stare mosiężne/złote!

Zostało w domu pełno obrazków w ładnych, złotych ramach, mam zamiar powiesić je wszystkie na jednej ścianie, nie są cenne, ale mają klimacik.

A taki mam widok z okna, z poziomu przyszłego tarasu, będę widzieć zachody Słońca.

cdn.

Li


Oczywiście, że to był

26 stycznia, 2026

cyklon.

I TO JAKI!!!

Wszystko opiszę, najważniejsze że dom kupiony. Choć do końca nie jestem pewna, bo odpis aktu dostanę dopiero za miesiąc, taka jest tu procedura. Tak jak pisałam wcześniej, sprawdziły się moje przewidywania, że w piątkowe popołudnie notariusz będzie spieszył sie do domu- cała umowa notarialna trwała cztery (4!) minuty z zegarkiem w ręku, notariusz czytał co drugą stronę i co trzecie zdanie, nikt nie zapytał mnie nawet o dowód tożsamości. Nie mówiąc o tym, że moje wkuwanie słówek prawniczych na nic:D Poza „buongiorno” nie powiedziałam ani słowa, bo nikt mnie o nic nie pytał. Dla prawniczej strony mojej natury to był szok/to Kalabria.

Agazio twierdzi, że kupiłam:D

Wróciłam totalnie wykończona, serio.

Ilość przygód, spraw, załatwień, zalany dom (wszystkie trzy nasze domy zostały zalane od dachu po parter, z nieba woda lała się wannami) pokonała nawet tak piracką naturę jak moja.

Jestem przeszczęśliwa, pełna planów, dam sobie radę!

No i nie da się ukryć, zaczynam kolejny remont od kolejnego strychu, gdzie będzie zrobiony taras!

(Strychy to najwidoczniej moje przeznaczenie).

A z tarasu będzie widok na morze, to już szczyt szczęścia. Mam już wykonawcę (ojciec Agazio) i już go lubię.

Jaka była siła żywiołu to widać nawet po naszej plaży, gdzie uderzenie cyklonu było trochę słabsze.

Na zdjęciach są schody na których siedziałam w październiku, do linii wody było z nich jakieś 10 metrów.

A teraz plaża została zjedzona przez fale, a są schody zrujnowane, smutny widok.

Przed moim wyjazdem morze było już gładkie jak stół, niewinne!

Li.


Amor fati,

15 stycznia, 2026

tak-pokochaj swój los. W gruncie rzeczy płynę przez życie niesiona przez sprawy i sprawki. Nie czynię wielkich planów na przyszłość, poza najbliższym miesiącem. Kiedy to się zmieniło? Nie pamiętam, ale żyje mi się lżej. Przyjmuję życiowe szanse z wdzięcznością, z pokorą znoszę porażki, choć uczciwie powiem, że ostatnio jest ich niewiele. Może dlatego, że nie porywam się na rzeczy wielkie, nie grozi mi upadek z wysoka, najwyżej potknięcie. Cieszę się z życia, mimo że czasem cholernie mnie boli. Wtedy jednak włączam samoratunek- komorę hiperbaryczną, masaż, kąpiel w magnezie, a czasem tylko przeglądam zdjęcia mojego włoskiego domu i już mi jest lepiej. Nie chcę innego życia, kocham swoje, bo jest moje. Tak się cieszę na to co będzie od poniedziałku, a może lepiej nic nie pisać, bo fati jest blisko fatum… a ze mną to wiadomo- jak coś ma się nie wydarzyć, to na pewno się wydarzy. I trzeba będzie mimo wszystko kochać… ech:)

A na zdjęciach nasza Klusia. Zanim do nas przyszła miała straszne życie. U nas królowa!

Li.


Nie mogę spać…

14 stycznia, 2026

sponiewierana przez grypę, przez ostatni tydzień nie wychodziłam z domu. Byłam słaba, ledwo kontaktowałam, rozpaczliwie czerpałam z łóżka i domu poczucie bezpieczeństwa, snując sobie mój własny kokonik z kołdry na te złe dni. Wytrzymam jeszcze kilka dni kieratu i od poniedziałku będę się wyłącznie cieszyć- Kalabrią, moimi przyjaciółmi (B. to kalabryjska rutyniara, A. jest tak samo podekscytowana jak ja. Mamy nasze akty jeden po drugim, co pół godziny, co napawa nas nadzieją, że notariusz w piątek będzie spieszył się do domu).

(A na zdjęciu widok na Badolato, przepiękne i przejmująco opustoszałe miasteczko).

W Kalabrii trzy dni temu było duże trzęsienie ziemi, z epicentrum na Morzu Jońskim. Nie było żadnych strat materialnych (nagle zauważam takie wiadomości, upchnięte gdzieś na końcu serwisów). Gdy powiedziałam o tym Achillusowi był szczerze zaskoczony, a akurat jest w Rzymie. Nic nie wiedział. Achillus żyje trochę naszą Kalabrią ( w sumie nie ma wyjścia:), jesteśmy też dla niego źródłem iście fascynujących informacji, np. będąc rodowitym Włochem (i podobno dziadkowie z Kalabrii) nigdy nie słyszał o męskim imieniu- Agazio, popularnym w „naszej”okolicy.

I takie drobne historyjki przewijają mi się codziennie, ciesząc zaraz umykają, zapisuję, bo zapominam co mnie cieszyło, zapomniałam już tyle swojego życia, smuci mnie to, żałuję że miałam taką długą przerwę w pisaniu, bo teraz gdy wracam do starych notek, sprzed tak wielu lat, nie mogę uwierzyć w samą siebie. Dałam radę, sama odchowałam dziewczyny, są super kobietami, moim stałym szczęściem. Inne szczęścia były przelotne, widocznie taka ich natura w kontakcie ze mną. Wiele spraw mogłam poprowadzić inaczej, wiele słów nie powiedzieć, powstrzymać gwałtowne harce mojej natury, ale niczego tak naprawdę nie żałuję, boję się tylko o swój czas, chcę go mieć przed sobą jeszcze dużo, naprawdę dużo, bo roboty huk!

W moim włoskim domu mam różowy bidecik. Normalnie jak u Barbie. Tego nie zniese, o nie! :D

Li.


Mój jest ten kawałek podłogi…

12 stycznia, 2026

…i tu będzie moja sypialnia!

Dziś tłukłam z Achillusem zwroty z umowy notarialnej, zaczynam się stresować. Za tydzień będę już w Kalabrii!

Ale dla przyjemności i pewna tego, że uda mi się przekonać notariusza, że mówię po włosku (Capisco il testo dell’atto) kupiłam już bilety na luty dla siebie i Karolci, będzie się działo! Dziewczyny jeszcze nie były w Kalabrii. Mam nadzieję, że nasza wspólna pula genowa pozwoli im zakochać się w tym miejscu tak jak mnie! Że mi pomogą z urządzaniem, szukaniem, malowaniem balustrad, planowaniem- tym wszystkim co smakuje i daje mnóstwo satysfakcji! Nie mogę się tego doczekać. Kupuję ten dom też dla nich.

Notariusz mnie zapyta: Lo stato di fatto corrisponde alla planimetria catastale? (Czy stan domu koresponduje ze stanem z księgi wieczystej?). No i co tu powiedzieć, jak się nie widziało…:D

Wiecie co? Może i idę w stronę starości, ale ciągle cieszy mnie fakt, że nie straciłam żyłki do hazardu i fantazji, ot co! W gruncie rzeczy kupuję kota w worku, ale przeczuwam, że ma piękne futro! No i co mam do stracenia? Pieniądze? Nie stracę, taki dom zawsze dobrze sprzedam. Złudzenia? Przekuwam je w pragnienia! Rozczarowanie? Jestem w tym mistrzynią i ciągle trafiają mi się nowe okazje do kolejnych rozczarowań, umiem z tym żyć. Sensem jest ciągle szukać, eksplorować, zdobywać, cieszyć się. Nic nie tracę, a mogę tak wiele zyskać! A ile będę mieć przygód, wrażeń, dyskusji z Antonio-mistrzem budowlanym! Przy moim poziomie włoskiego i dialekcie kalabryjskim Antonio może być wesoło! No i codzienne rozmowy telefoniczne z moimi przyjaciółkami, kto co, która, kiedy… nasze domy są w promieniu kilkuset metrów od siebie, magiczny trójkąt, tre sorelle.

Li.


No więc, no więc…

9 stycznia, 2026

…. pokażę Wam malutki fragmencik tej mojej włoskiej radości. Od razu zastrzegam, że wszelkie słowa krytyki będą przeze mnie bezlitośnie zwalczane! To nie jest willa w Toskanii, ale skromny, w duchu włoskiego południa dom po dobrej kobiecie (dokarmiała koty, to mówi wszystko).

Pierwsze zdjęcie zrobione jest z perspektywy bocznej, malutkiej uliczki, z uroczym włoskim antycznym syfem. Tak tam jest, trzeba to kochać, io amo. Mój dom jest ostatni, po lewej stronie z żółtą elewacją.

Na drugim zdjęciu jest salon, ogromny salon, zakochałam się w tym świetle, smudze słońca, cieniach, w tej podłodze, w tej lampie… ale mam pomysły, strach się bać! Stan w trakcie pakowania rzeczy, takie zdjęcia dostałam od Agazio, no cóż, powtarzam- kupuję dom, który na żywo widziałam wyłącznie z zewnątrz, ale poczułam uderzenie pioruna, miłość od pierwszego wejrzenia, colpo di fulmine.

A dla porówniania dodaję filmik z oferty sprzedaży domu w tym samym miasteczku, po tzw. generalnym remoncie, o powierzchni dwa razy mniejszej niż u mnie, ale za cenę trzy razy wyższą. Pozbawiony ducha włoskiego kompletnie, ale może komuś się spodoba. Filmik przysłał miejscowy kolega:)

Li


Myślałam, że

8 stycznia, 2026

będę sobie pisać tu lekko o sprawach i włoskich sprawkach, a tymczasem coraz częściej dławi mnie lęk i poczucie niemocy. Nie umiem być obojętna na sprawy świata, do cholery jasnej nie potrafię! Czytam wiadomości, słucham podcastów, jakie to szczęście że nie mam telewizora, nie zniosłabym więcej. Trump, Putin, Musk, USA, Tajwan, Chiny, Grenlandia, Wenezuela, a nawet Sokotra ze smoczymi drzewami, to się nie kończy, a coraz bardziej eskaluje. A na naszym poletku poza durną polsko-polską wojną interwencje różnych Fundacji i zamarzające na łańcuchach psy. Albo wyrzucone w środku lasu i przywiązane do drzewa. Zło wylewa się z każdego kąta, skąd tyle tego zła, jak jest tyle dobra? Ilu każdy z was zna naprawdę złych ludzi? Takich, co to idąc przez życie zło czynią? Ja znam takich zawodowo, ale w życiu prywatnym dwie osoby. Dwie! I gardzę nimi szczerze. Ale znam niestety wielu ludzi bez własnego zdania, płynących z nurtem populizmu, mających poczucie wyższości, bo Polak, bo biały, bo macierz-ojczyzna jednorodna, bo… Na tej ludzkiej głupocie pasą się takie Trumpy, takie Putiny, takie Brauny. Rzygam tym, serio. Wstrząsnął mną film z zabicia przez pieprzonego amerykańskiego agenta ICE Renee Nicole Good. Matki trójki dzieci. Amerykanki.

Za dwa tygodnie o tej porze będę w Kalabrii, to mnie trzyma przy życiu i w pionie.

Li.


Tak!

2 stycznia, 2026

Słucham na okrągło. Cudne!

I jeszcze to:

Tak, tak! Podpisuję się pod każdym słowem!

Li


Ten rok

31 grudnia, 2025

2025 był dla mnie przełomowy. Zrobiłam dla siebie tyle dobrych rzeczy! Zakochałam się w sobie bez pamięci, nareszcie jestem pierwsza dla siebie. Od 7 stycznia regularnie 3 razy w tygodniu byłam na siłowni. W prawie każda sobotę byłam na pilatesie na reformerach. Nie pamiętam kiedy wyglądałam tak dobrze, tak ładnie jak teraz. Podobać się sobie, to jest coś!

Postanowiłam kupić dom w Kalabrii i zrobiłam to! Postanowiłam nauczyć się języka włoskiego i robię to z wielką radością. To moja piacere.

Przeżyłam dwie potężne kontuzje barku, obie udało się zniwelować Indibą, polecam Wam to wspaniałe urządzenie. Pokochałam komorę hiberbaryczną, poznałam i zaprzyjaźniłam się z B., moją kochaną B. Czujemy, że znamy się całe nasze życia, tyle wspólnych spraw, lin, ścieżek, spotkałyśmy się późno, ale nie za późno. Dzięki jej odwadze kupiłam swój włoski dom, ona była tam pierwsza.

Odcięłam się zupełnie od toksyków, ludzi miałkich, bluszczy zabierających mi energię, nareszcie dostrzegłam i zamknęłam wszystkie złe relacje, a co najważniejsze- przestało interesować mnie zdanie innych na mój temat.

Zadbałam o swoje zdrowie, zmieniłam tak wiele, a jeszcze tyle przede mną. Jestem całkiem szczęśliwym człowieczkiem, mimo wielu trosk. Ale teraz mam bardzo silne mięśnie, by je dźwigać.

O Nowy Roku, nie chcę od Ciebie nic materialnego, bo w gruncie rzeczy jestem człowiekiem wolnym od konsumpcyjnych potrzeb. Przynieś mi tylko zdrowie, jeszcze większą ciekawość świata i ludzi, daj mi cierpliwość do włoskich majstrów, pozwól mi stworzyć wymarzone miejsce dla mnie i moich kochanych córek, ich chłopaków, rodziny, naszych przyjaciół, wszystkich tych, których będzie cieszyć wspólnie spędzany czas, kalabryjska oliwa z ciepłym chlebem, noc na tarasie pod gwiazdami, ciepły piasek nad morzem i głośne rozmowy włoskich sąsiadów.

Moje życie zyska nową ścieżkę, wzdłuż głównego nurtu, będę sobie na nią wchodzić od czasu do czasu, cieszyć się dolce far niente, mieć gdzie uciec z możliwością powrotu, jaki to życiowy luksus!

A co do Sylwestra, to spędzam go z dziewczynami i ich chłopakami, jest miło i ciepło. Mam zamiar wejść do wanny, nałożyć maseczkę na twarz, poczytać książkę, wygłaskać koty i się wyspać.

Miłego dla Was!

Li


Ten brak słońca

14 grudnia, 2025

tak dolega, jak ja pragnę żyć inaczej!

Rozważam zainstalowanie w domu sauny na podczerwień. Uwielbiam saunę, najbardziej saunę turecką, snującą się parę, olejki zapachowe i poczucie czystości od środka. Rok temu na moje urodziny, które spędzałam w Maroku przyleciała do mnie na kilka dni Starsza ze swoim Luke. W prezencie urodzinowym dostałam od nich lokalny hammam. Co to była za przyjemność, o rety! Moja skóra była wręcz aksamitna. W tym roku przez kalabryjskie plany nie poleciałam nigdzie w listopadzie, a to jednak tak niesamowicie ładuje baterie, dwa tygodnie w cieple i w słońcu daje dużą pewność ochoty na życie w zimowej szarości.

Lubię fotografować ludzi i koty. Ten mężczyzna siedzący przy kawie mnie zafascynował, obserwowałam go dłuższą chwilę, zdjęcie zrobiłam mu na chwilę przed tym, gdy się do mnie szeroko uśmiechnął.

Smutny był ten weekend, ale życie przecież zawsze z przodu, więc ułożyłyśmy już menu wigilijne, będzie u mnie 11 osób, a Gusia chce sama zrobić pierogi. I ma być jak najprościej, jak najskromniej.

A wyjdzie pewnie tak jak zwykle!

Li.


Dopóki jestem…

13 grudnia, 2025

Przygnębiło mnie odejscie Magdy Umer. Katowałam się tą piosenką po rozpadzie małżeństwa i długo potem jeszcze potrafiła zalać mi serce emocjami i tęsknotą.

A przecież i dla mnie nadchodzi czas, by zmierzyć się z nieuchronnym i zaakceptować biologiczną kolej rzeczy, czyli zrobić coś co zawsze przychodzi mi z najwyższym trudem, bo mam duszę wojowniczki.

Trudny mam teraz czas, ale… mam ten CZAS, żyję, jestem zdrowa, mam plany, za miesiąc będę już w Kalabrii. Mieć drugie życie bez ciężaru pierwszego… jestem szczęściarą, może uda się oddychać głęboko, rozwiać stres w oliwnym gaju, a jak cudownie będzie kaleczyć włoski! (Achillus twierdzi, że mam talent do włoskiego, bo perfekcyjnie pracuję rękami).

Sobota daje mi zawsze trochę czasu tylko dla mnie. Idę na pilates, potem na Kleparz, po drodzę wpadnę nakarmić naszego podwórkowego kancelaryjnego kota. Bandyś ma w budzie termometr na wi-fi, chłopak Gusi ściągnął mi do niego aplikację, widzę więc jaką ma temperaturę, teraz ma 10 stopni, leży na prawdziwej skórze z renifera (dostałam w prezencie jako siedzisko do sauny, ale nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że mogłabym na tym usiąść gołą d….) , a gdyby był choć trochę mądrzejszy i nie sikał mi w domu, leżałby na kanapie w moim salonie razem z naszymi trzema kluskami.

Tak, znowu jest kolejna sobota. Kupię już choinkę i bardzo postaram się odpędzić tę falę smutku, która zawsze, zawsze zalewa mnie w ten świąteczny czas. Wcale nie lubię Bożego Narodzenia.

Ale może nareszcie się wyśpię.

Li.


Idę sobie do pracy,

9 grudnia, 2025

przechodzę przez przejście dla pieszych na Basztowej i spotykam Joanne, mamę Coral, przyjaciółki mojej Karolci z czasów jej studiów w Manchestrze. Takie spotkania dają mi zawsze mnóstwo radości, lubię te igraszki prawdopodobieństwa z nieprawdopodobieństwem, statystyczne żarciki, no bo wiecie-Joanne przez 11 lat widziałam 4 razy w życiu, a to był jej drugi raz w Krakowie, nie wiedziałam że tu jest. Żeby było śmieszniej- szła po kwiaty dla mnie, bo chciała zrobić mi niespodziankę i wpaść do mnie do domu.

Takie igraszki losu dają mi do ręki kolejny argument za małym światem, może nie góry z górą, ale człowieka z człowiekiem, zawsze można znaleźć swoją gromadę, bandę, paczkę, nikt nie jest samotną wyspą, trzeba tylko rozglądać się wokół (no i mieć pamięć do twarzy).

A bukiet róż dostałam wieczorem, choć nie wiem czym sobie zasłużyłam. To ja jej jestem wdzięczna na wieki za opiekę nad Karoliną, gdy z zapaleniem płuc trafiła do angielskiego szpitala.

Matki całego świata, łączmy się!

Li.


Tyle właśnie są warte drogie rzeczy tego świata.

6 grudnia, 2025

Uwielbiam perfumy, mam ich sporą kolekcję, to moja wielka słabość, lubię ładnie pachnieć i nie będę z tym walczyć. Ale dzisiejszy dzień po raz kolejny uświadomił mi, że jestem tylko niewidzialnym trybikiem w młynie wielkich korporacji, zdolnych do wzbudzania pożądania, jednocześnie zdolnych do natychmiastowej deprecjacji przedmiotu tegoż pożądania, zaprawdę powiadam Wam- jesteśmy ośmieszani i przesuwani w handlowych interesach jak worki ze śmieciami.

W kwietniu podczas podróży z Zanzibaru buszowałyśmy po ogromnej duty free na lotnisku w Addis-Abebie, gdzie za równowartość 630 złotych znalazłam perfumy, które wówczas Polsce kosztowały ponad 900 złotych. Oczywiście uznałam to za wielką okazję, kupiłam. Pachną cudownie, serio, jestem ciągle pytana co to za zapach, ludzie zaczepiają mnie na ulicy.

A dziś na Mikołaja dostałam od moich kochanych córek te same perfumy, aż dwa flakony (po 125 ml!), bo były w Rossmannie online, mocno przecenione z okazji black friday i w dodatku w promocji 1 plus jeden gratis. Za 450 zł kupiły mi dwa flakony perfum, za jeden flakon których bez zmrużenia okiem rok temu zapłaciłam 900 zł.

Oczywiście cieszę się bardzo, mam zapasik, ale i refleksję, bo nie da się nie mieć refleksji- ile to naprawdę jest warte?

I dlatego tak bardzo cieszę się, że znalazłam sobie dom w Kalabrii jedynie za równowartość 282 flakonów perfum licząc cenę w Rossmannie, ewentualnie 195 flakonów licząc cenę z Addis-Abeby, lub 141 flakonów licząc cenę 900 złotych, za jaką kupiłam je pierwszy raz.

:)

Li.


Są takie chwile w życiu

30 listopada, 2025

kobiety, że cieszy ją pusty dom. Tak jak mnie dziś wieczorem. Jestem sama, z maseczką na twarzy i olejem na włosach. Wyglądam uroczo odpychająco. Niedzielny wieczór wprowadza już lekki niepokój przed kolejnym tygodniem, ale jeszcze swoją niedzielnością daje złudę wolnego czasu.

Uczę się włoskiego przed jutrzejszą lekcją z Achillusem, piję herbatkę imbirową z garścią berberysu, czuję się bezpiecznie w moim domowym kokonie, zamknięta na dwa zamki przed światem, którego zły dotyk będę czuć dopiero jutro. Czeka mnie trudny poniedziałek, ale ten wieczór odbiera mu trochę ciężkości, mam w tle muzykę, śpiące koty, miłe zawieszenie między dniem, a nocą.

Berberys to moje nowe odkrycie, z reguły odkrywam coś co zostało już dawno odkryte, jestem odkrywcą rzeczy odkrytych. Znacie zalety berberysu? Warto o tym poczytać, to prawdziwy skarbiec zdrowia, łatwy do zdobycia, uwielbiam dodawać go do herbatek, po chwili pęcznieje i jest prawie jak bubble tea.

Li.


Doceniam, naprawdę doceniam.

28 listopada, 2025

„Jeśli chcesz doświadczyć dobra, to zamiast skupiać się na problemach i przeszkodach, możesz skupić się na rozwiązaniach i docenić dobro, które jest ci już dane. Oddech. Sprawne ręce i nogi. Wygodne łóżko. Dach nad głową” . To cytat z Agnieszki Maciąg, żal tak pięknego człowieka, żal.

W dniu gdy zrozumiałam, że życie jest tu i teraz i że nie ma sensu gromadzenie, odkładanie i długofalowe planowanie poczułam wolność.

Nie interesuje mnie już nic innego poza życiem mojego życia.

Dbam, by było dobre, ciekawe, intensywne i kolorowe.

Tego chcę całą sobą.

Emocji, ciepła, ludzkiej życzliwości, wiatru od morza, dobrej oliwy, przyjaciół i radości. Mam w swoim kręgu wspaniałych, twórczych, ciekawych ludzi.

Inspirujemy się wzajemnie, dajemy sobie wsparcie i śmiechem zabijamy zło.

Dlatego problemy rozwiązuję, złości nie kumuluję, wybaczyłam każdą krzywdę, szybko się wściekam, otwieram wentyle, krótko wybucham i dobrze śpię (mimo wszystko jestem Skorpionem, haha).

Moim jedynym życiowym celem jest być sprawną, sprawczą, dobrą i pogodną.

Nigdy, nigdy nie dopuszczę do zgorzknienia, nigdy!

Nie będę sobie niszczyć reszty mojego życia konsumpcją, myślami o lepszym aucie, czy kredytem na mieszkanie dla dzieci.

To moje życie i będę je przeżywać tak jak ja chcę. Na moich zasadach.

Kocham moje córki nad życie, ale doszłam do granicy opiekuńczego macierzyństwa, teraz jestem pierwsza dla siebie.

I nic i nikt tego nie zmieni, bo mam 58 lat i bardzo chcę żyć.

Buongiorno… Ti stanno aspettando*, napisała mi moja włoska sąsiadka Elia.

Li.

*Czekają na Ciebie.


Są dni,

27 listopada, 2025

gdy mam ochotę zawyć jak ranny wilk, zwinąć się w kłębek i zasnąć. Sterta życiowych problemów mnie przerasta, widzę tylko pęczniejącą podstawę, a nie widzę czubka.

Więc jak to ogarnąć?

Najgorzej, gdy muszę polegać na innnych.

Opiekunka jednej starszej pani źle się czuje, chce wrócić na Ukrainę, muszę wymyśleć skąd natychmiast wziąć całodobową opiekunkę, a opiekunka drugiej starszej pani od trzech tygodni choruje, więc codziennie muszę jeździć na drugi koniec Krakowa.

Dlatego tak bardzo potrzebuję drugiego życia, bo jak wyjadę 2300 km stąd, to problemów może mi nie ubędzie, ale przyjemności przybędzie. Balans, balans, balans.

Nasza Klusia była wczoraj na pierwszej wizycie u kociego fryzjera. Nie dawałyśmy sobie rady z jej futrem, a Klusia czesania nienawidzi, jest wtedy wściekła! I nienawidzi nas tak przez kilka godzin, a nienawiść Klusi jest bardzo namacalna.

Groomerka powiedziała, że nie miała jeszcze tak miłego brytyjczyka, ale zobaczcie co z niej wyczesała, co za ulga, o tyle futra mniej na naszej kanapie i podłodze!

No i powiedzieć o Klusi, że miła to szok! (ja tam ją kocham bez pamięci, ale charakterek to ona ma).

Li.


Zakochałam się

25 listopada, 2025

w kalabryjskich platanach.

Zawsze kochałam drzewa, a po przeczytaniu „Sekretnego życia drzew” darzę je jeszcze większym szacunkiem i miłością. Ten platan rośnie przy pałacu na wzgórzu, pustym i na wpół zrujnowanym, podobno ostatni właściciel zmarł bezpotomnie, a dziedziczący po nim dalsi krewni nie są w stanie dojść do porozumienia. Piękne miejsce podupada, ale platan trwa. I oby trwał jak najdłużej, jest piękny!

Wczoraj miałyśmy z A. lekcje włoskiego, serio- dajemy z siebie wszystko. Achillus jest z nas bardzo zadowolony. Jest jednak jedno słowo, którego żadna z nas nie jest w stanie zapamiętać, napisałam je już kilka razy i nadal nie pamiętam.

Cetriolo, cetriolo, cetriolo! CETRIOLO! C-E-T-R-I-O-L-O! Czyli ogórek.

Ale najważniejsze, że mam dokładny termin umowy końcowej, Gagazio uległ codziennym naciskom i wziął się do roboty.

Sono molto felice!

Li.


Tęsknię za swoim domem w Kalabrii,

23 listopada, 2025

planowanie i radość dały mi już do niego klucze, ściany dają się malować, kolor balustrad ustalony (szara mięta!), a filiżanka czeka na poranną kawę na kalabryjskim słońcu.

Chcę już wybierać płytki na taras i wywalić z łazienki różowy bidet.

Moja cierpliwość nie ma cierpliwości, a tu wszystko toczy się niespiesznym włoskim tempem. Na szczęście ze sprzedającymi jesteśmy najpierw „po słowie” (według naszego Agazio* słowo Kalabryjczyka jest święte), ale na wszelki polski wypadek nie zrezygnowałam z formalnej umowy przedwstępnej i zapłaciłam już zaliczkę. Udało mi się „pokonać” kilku innych chętnych, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że ten dom na mnie czekał i że chce być mój. O poprzedniej właścicielce wiem tyle, że zmarła i że była nauczycielką, zostawiła stosy książek i zadbany dom. Mam nadzieję, że będzie moim ulubionym dobrym domowym duchem, że otoczy mnie opieką, że pomoże wejść w serca miejscowych, że pozwoli mi zaopiekować się tym cudnym miejscem, doceni niewielkie zmiany i usiądzie ze mną przy kominku na tarasie na dachu. Dokarmiała miejscowe koty, jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Kalabria jest taka piękna, ciągle spokojna, ciągle lokalna, tego mi potrzeba (oprócz błękitnego nieba). Tu wzrok sięga bardzo daleko, obejmuje kawał świata.

Umowę końcową mam w styczniu.

Tylko dwa miesiące, aż dwa miesiące!

Tu nikt się nie spieszy i jakoś to leci od VII wieku przed naszą erą.

Li.

PS. Agazio* to Gagazio, bo trzeba mieć do niego cierpliwość, powiem Wam. Włoski gagatek, z urokiem nie do podrobienia. I na wszystko ma czas.


Cisza to luksus.

10 listopada, 2025

Perspektywa jeszcze dwóch wolnych dni opóźnia moje obiecane sobie działania i mój czas ma ciągle czas. Niechronnym więc jest pewność, że do środy pranie nadal będzie nietknięte, stos rzeczy do prasowania bardziej skamienieje, kosmetyki w łazience nie zostaną poukładane, kwiaty z tarasu nie ściągnięte zabije w końcu mróz, itd, itp. Jakoś trzeba będzie z tym żyć.

Piszecie do mnie maile z pytaniami, więc odpowiem tu zbiorowo:

żeby nabyć nieruchomość we Włoszech (co nie jest trudne) po pierwsze trzeba mieć codice fiscale, taki włoski NIP, przypisywany przez Agenzia delle Entrate (włoski urząd skarbowy). Są różne sposoby, by go uzyskać, można dać pełnomocnictwo pośrednikowi, notariuszowi itd. My poszłyśmy drogą najprostszą, a jednocześnie najprzyjemniejszą, bo zarezerwowałyśmy sobie wizytę w urzędzie w Bergamo i poleciałyśmy lotem z Krakowa o szóstej rano na dzień przed moimi urodzinami, co dało mi poczucie sprawienia sobie prezentu. Urzędniczka była niezwykle miła, nie mogła nadziwić się, że mieszkając w tak pięknym Krakowie chcemy kupić dom w Kalabrii, bo ona „uciekła” z Sycylii na północ Włoch.

Bergamo zaskakująco piękne! Katedra zapiera dech, jedna z piękniejszych jakie widziałam.

A potem pojechałyśmy nad Jezioro Como, tropić ślady Clooneya i o pierwszej w nocy byłyśmy z powrotem w Krakowie. To był cudowny dzień, pełen śmiechu, przyjaźni, pysznego jedzenia, espresso i beztroski, a moja Gusia zaimponowała mi znajomością włoskiego, bo w przeciwieństwie do mnie jest systematyczna/zdolna/ obowiązkowa. Ja nadrabiam ekspresją.

A gdy patrzę na tę zgniłą szarość za oknem, gdy czytam wiadomości na portalach, gdy mam ciągle rosnący poziom niezgody na świat, to myśl o moim domu na drugim końcu Europy, o słońcu, o czekających na mnie kotach, o świeżej oliwie i kłębowisku planów co do podłogi na tarasie daje mi siłę, chęć i radość, chcę mieć drugie życie bez ciężaru pierwszego.

W moim pierwszym życiu wszechobecne zabudowy oficyn wokół mojej krakowskiej kamienicy zabrały mi słońce na moim tarasie pod gwiazdami i ciszę, bo wentylatory i klimatyzatory generują taki hałas, że w tym roku nie spędziłam tam ani jednego wieczoru, macie pojęcie?

Nie zorganizowałam ani jednej kolacji, nie wypiłam ani jednego kubka kawy.

Li.


Organizacyjnie

9 listopada, 2025

dodam, że nie mam pojęcia co tu na tym wordpressie się dzieje, tworzy jakieś dziwaczne nicki. Na wszelki wypadek wykupiłam wczoraj domenę, żeby nie nie dać reklamom pola do popisu.

I udało mi się ustawić opcję bezpośredniej odpowiedzi na komentarz, nazywa się to „komentarz zagnieżdżony”, rany boskie!

Próbujcie logować się dawnymi nickami!

Li


Poza domem w Kalabrii

8 listopada, 2025

absorbują mnie inne rzeczy, bo przecież muszę na ten dom zarabiać.

Moja praca dostarcza mi nieustannego stresu, ale i mnóstwo radości, a to z powodu igraszek losu, które jak to zwykle w moim przypadku dają mi poczucie, że jestem jak Forrest Gump, zawsze przypadkiem we właściwym miejscu.

Historia zaczyna się na sali sądowej, gdzie trwa walka o wysokość alimentów. Ojciec dziecka chce płacić 1000 złotych miesięcznie, ja w imieniu matki chcę 3500 złotych, padają argumenty różnej wagi, a ja mam nieodparte wrażenie, że spotkałam się już gdzieś z moim przeciwnikiem, i że dla losów tej sprawy było to ważne spotkanie, myślę gorączkowo, ojciec (lekarz) twierdzi, że zarabia „tylko” 15 tysięcy, ale jego koszty są ogromne (kredyty, leasingi, terapeuta…), a na mnie nagle spływa olśnienie i informuję Sąd, że powód zapomniał o jednym istotnym źródle swojego dochodu, a mianowicie o zastrzykach z botoksem, prawdopodobnie źródle nieudokumentowanym. Spotkałam bowiem w ciągu ostatniego roku pana powoda co najmniej trzy razy w mojej mocno zaprzyjaźnionej aptece, gdzie kupował hurtowe ilości botoksu, chwaląc się przy tym farmaceutce (mojej przyjaciółce) ileż to już wybotoksował urzędniczek w pewnej gminie niedaleko Krakowa, a mnie śmiał powiedzieć, że powinnam podać sobie botoks w kąciki oczu, o tu:

Zapamiętałam gada. Miał pecha.

Chwila, w której zrozumiał skąd mnie zna i skojarzył z kobietą z apteki, gdzie bywam po sąsiedzku, z reguły w stroju niedbałym- w spodenkach i crocsach -była bezcenna.

Po uzyskaniu od niego szczerej informacji, że z botoksu ma dodatkowy dochód rzędu 12 tysięcy złotych, alimenty w wysokości 3500 złotych Sąd zasądził z przyjemnością, z komentarzem, że przy takich dochodach powoda matka ma prawo kupować dziecku ubrania w Zarze, a nie w Pepco.

Rozwód upłynął w przyjemnej dla mnie atmosferze.

A moja klientka miała uciechę, gdy zarzucał jej po rozprawie, że na pewno chodził za nim detektyw, który niby powiadomił mnie, że on jest w aptece. I ja tam pewnie pobiegłam co sił. Dacie wiarę?

A co na to Lec?

Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest”

Li.


Gdy jest mi smutno,

7 listopada, 2025

a wbrew mojej woli bywa i tak, to przywołuję pod powieki swoje podróże pod inne niebo.

Od dawna jednak miałam marzenie o swoim miejscu na południu Europy, koniecznie oliwnym i cytrusowym. Chciałam w takie miejsce przyjeżdżać jak do domu, z torebką, bez zbędnego bagażu, wpadać na kilka dni co jakiś czas, poznawać, smakować, wystawiać się na nadmorski wiatr, łazić po oliwnych gajach i dokarmiać południowe koty.

Jestem na najlepszej drodze, bo po jednodniowym wypadzie do Bergamo zdobyłam codice fiscale, czekam już na projekt umowy i niedługo, pełznąć mozolnie przez kamienie włoskiej biurokracji nabywam za równowartość 6 metrów kwadratowych mojego mieszkania w Krakowie śliczną kamieniczkę w centrum kalabryjskiego miasteczka na wzgórzu, z widokiem na Morze Jońskie, z miłymi sąsiadami, z dwiema kochanymi przyjaciółkami w odległości 5 minut spacerem, z których jedna kupiła dom dwa lata temu i w naturalny sposób pociągnęła nas za sobą, bo pokazała nam czym jest ciepły wieczór na tarasie na dachu, pod rozgwieżdżonym kalabryjskim niebem, czym jest płonące w kominku długo żarzące się polano drewna oliwnego, czym jest nocna cisza z pohukującymi sowami, czym jest pójście przed siebie w tysiącletnim oliwnym gaju, czym jest pusta plaża, pyszne espresso za 1 euro, wszechobecna bugenvilla, peperoncino, bergamotka, konfitura z cipolli i cudowny język, którego intensywnie uczę się z Acchillusem, Włochem z Rzymu, tak przystojnym i urokliwym, że wstyd czegoś nie umieć, haha!

Romantyzuję? Pewnie tak. Ale nie muszę tu żyć na co dzień, więc mogę cieszyć się beztroską, nie będę tu przecież pracować, to będzie moja kraina szczęśliwości, relaksu i spotkań z przyjaciółmi, to będzie tylko moje miejsce z tylko moją energią i wpuszczę tu tylko tego, kto to będzie rozumiał i kto pokocha tak jak ja. Miejsce nieskażone.

Na targach staroci można tu kupić prawdziwe cuda! Na 58 urodziny dostałam szlifierkę (najlepszy prezent, mam wielkie meblowe plany!)

A co na to Lec?

„Czas robi swoje. A ty człowieku?

Li

PS. Dom znalazłam przypadkiem-chodząc po miasteczku zobaczyłam wywieszone na domu ogłoszenie o sprzedaży, zmobilizowałam mojego agenta Agazio, by skontaktował się z właścicielką. Ale naprawdę fajne oferty można znaleźć też tutaj: idealista.it

Radzę tylko unikać kupowania nieruchomości z aukcji sądowych, nigdy nie wiadomo kiedy i kto stanie w drzwiach.


Czy wiecie, że…

21 października, 2025

… dom w Kalabrii można kupić za cenę miejsca parkingowego w Krakowie?

Stan nieidealny, czyli idealny dla mnie. Będzie o czym pisać:)

Li


Życzę śmierci własnej matce.

6 Maj, 2025

Moja Mama gaśnie w dopalającej się świecy życia, a właściwie nieżycia, bo demencyjna wegetacja jest upokarzającym i koszmarnym procesem z góry skazanym na przegranie w jednej tylko instancji, bez odwołania.

A ja? Wróciłam właśnie z Zanzibaru.

Dałam sobie czas na relaks, przygodę i wyłączony telefon. Byłam z moimi kochanymi dziewczynami.

I nie żałuję, nie zjadają mnie wyrzuty sumienia, nie mam poczucia że powinnam tkwić przy łóżku matki. Długo szłam do tego punktu, ale nareszcie doszłam. Po drodze zgubiłam wszystko czego sobie nie powiedziałyśmy, zakopałam żale, wybaczyłam błędy. Dbam, by miała opiekę i komfort, leży we własnym domu, na ścianach wiszą jej ulubione obrazy i nawet gdy nikogo i niczego nie poznaje, ufam że czuje że jest u siebie.

A ja? Żyję. Przeczytałam fajną książkę- „Masło”. Polecam każdemu. Za rok lecimy do Japonii.

I niech to się już skończy, moja matka nie zasługuje na taki los.

Li


Ale żeby być uczciwą, to…

5 marca, 2025

… muszę przyznać, że jestem zmęczona. Tak po ludzku zmęczona.

Przez cały dzień czerpię z energii moich mięśni (jak to cudownie brzmi), a wieczorem padam w sensie dosłownym.

Byłam parę tygodni temu w Teatrze Stu na „Błękitnych krewetkach”.

Świetna sztuka wg scenariusza Jacka Cygana.

Siedząc w pierwszym rzędzie (w Teatrze Stu jest to praktycznie na scenie) zasnęłam w trakcie pierwszego aktu.

Zostałam obudzona (bardzo subtelnie) przez Beatę Rybotycką, która posmyrała mi po twarzy pędzlem do pudru, a sala pełna ludzi miała dodatkowy powód do śmiechu.

Sama się śmiałam, być obudzonym przez Rybotycką, która tak pięknie wplotła to w scenariusz, to jest coś!

Przez cały czas rzucała mi potem znaczące spojrzenia, więc trzymałam pion do końca.

Z trudem!

Wiecie- ciepło, ciemno, wygodne fotele…

Li.


Dziękuję, że kogoś obchodzę;)

5 marca, 2025

Nie jest łatwo żyć, gdy wokół Himalaje stresu, a ja stoję nad przepaścią, na maleńkim skalnym występie i myślę jak zwalczyć chęć do skoku i świętego spokoju z chęcią mozolnej wspinaczki w górę na szczyt i do słońca. Bo lekko nie jest, ale od razu zadaję sobie pytanie- czy u mnie kiedykolwiek było lekko? Zawsze coś, ktoś, życiowe żmije i dziury w sercu. A mimo wszystko muszę przyznać sama przed sobą, że los dał mi niesamowity instynkt przetrwania, dużo szczęścia w nieszczęściu i ciągle jeszcze niewyczerpywalne pokłady pogody ducha i optymizmu.

Skoro więc pytacie co u mnie- jest wszystko w najlepszym nieporządku. Jestem życiową szczęściarą, bo mam tylko (jakkolwiek to brzmi) dwie kule u nóg. Prawa to mama ze skrajnym Alzheimerem, a lewa to skrajnie bezrodzinnie samotna starsza Pani L., którą opiekuję się od dziesięciu lat i która nie wstaje już z łóżka. Staram się usystematyzować miotanie się między jedną a drugą, koordynuję opiekunki, muszę pamiętać kiedy której i ile płacę, robię zakupy, eksploruję rynek wypożyczalni łóżek i wózków, załatwiam lekarzy, a w sprawach pampersowo-pielęgnacyjnych osiągnęłam poziom ekspercki.

W międzyczasie nie rezygnuję z życia, bo nie chcę oszaleć.

Podróżuję ile się da. Kocham życie, bo to jedyna miłość która mnie nie zawodzi.

Moja mama i L. są dla mnie przykładem jak nie żyć, więc postanowiłam zostać fit-staruszką. Treningi siłowe w znaczący sposób opóźniają skutki chorób neurodegeneracyjnych, a ja jednak jestem obciążona chorobą mamy. Zaczęłam się bać.

Buduję więc masę mięśniową bardzo konsekwentnie, chyba po raz pierwszy w życiu tak konsekwentnie, osiągi mam niesamowite.

Mój trener to mój bóg, 3 x w tygodniu. Oprócz tego basen.

Bardzo się na tym skupiam, to mi daje oddech.

Wyglądam świetnie, jak widać moje ego ma się dobrze, haha.

Już niedługo będę na Zanzibarze, razem z moimi dziewczynami, które wciąż chcą spędzać ze mną czas. mimo że mają już swoje udane związki z fajnymi facetami.

Szczęściara ze mnie, naprawdę. Jestem zdrowa, z codziennymi okruchami szczęścia. Smutek karmiący się strasznym losem mojej matki wszedł już do naszej codzienności i traktowany zadaniowo nie masakruje nam psychiki. Jest jak jest. Obejmuję to rozumem, chronię emocje.

W dniu moich 57 urodzin odeszła moja najstarsza kotka- Sasza, przeżyła z nami ponad 19 lat. Byłam wtedy w Maroku, cały ciężar tego dnia spadł na Gusię. Dała radę a Sasza wróciła do domu i stoi obok Kary. Nie ma już żadnego zwierzaka ze starej gwardii, ale nie ma pustki, bo Czarny, Mania i Klusia to nasze skarby i domownicy.

Jestem szczęściarą, bo mam wokół lojalnych przyjaciół.

Idzie wiosna, dziś poczułam ciepło na policzkach, życie ciągle jest piękne, a Trump i Musk w końcu odejdą w niebyt, wierzę w to mocno.

Li.


Kiedy zaczynałam

23 lutego, 2024

pisać bloga w 2006 roku miała 7 lat.

Za dwa miesiące skończy 25 lat. Skończyła studia i dostała się na aplikację adwokacką.

Jestem z niej bardzo dumna.

Jest cudowną kobietą, wrażliwą, empatyczną, ale i ironicznie-sarkastyczną, z ciętym dowcipem.

Pilnuje mnie, z nas dwóch jest rozsądniejsza.

Tego nie ma po mnie:)

Li.


Domowe problemy.

22 lutego, 2024

Na czele długiej listy moich obowiązków i jeszcze dłuższej listy problemów stoi dom. Dom mojej matki. Gdybym pisała horrory, to miałabym świetny tytuł.

Dom trzeba utrzymać, ogrzać w zimie, zadbać o ogród, dać zarobić firmie ochroniarskiej. Dom jest wymagający, co jakiś czas wydaje z siebie złośliwe stęknięcie i macha urwaną rynną, bądź podnosi podłogę w garderobie.

Pusty dom marnuje się w świecie pełnym mieszkaniowych braków.

Mam więc do sprzedania dom z kutymi ręcznie balustradami balkonów, o powierzchni dużo za dużej, bo mama nie słuchała głosów rozsądku, z piwnicą gdzie przechowywała wory z rzeczami z licznych przeprowadzek i nigdy ich nie rozpakowała, z oranżerią gdzie zimą straszyły uschnięte kikuty letnich roślin i z ogrodem, w którym pnące różowe róże sięgają do pierwszego piętra, a hibiskus jest jak potężne drzewo.

Ten dom od początku był w rozmiarze XXXL, gdy wystarczyłoby M.

W domu tym umarł z tęsknoty pies mojego ojca, który nie był w stanie zrozumieć, gdzie podział się jego pan i cierpliwie na niego czekał, aż do dnia w którym pękło mu serce.

Pianino po mojej babci, które pamiętało jeszcze moje pierwsze gamy, „Sonatę Księżycową”, no i „Dla Elizy” bez sentymentu dałam w prezencie synowi przyjaciółki.

Trzy wielkie kontenery pochłonęły resztę.

Marność nad marnościami.

Życie to hipopotamy na wyspie Orango, lemury na Madagaskarze, pizza w Neapolu i pasteis de nata w Lizbonie.

Patrząc na marny, demencyjny los mojej matki rozumiem to jak nigdy dotąd.

Li.


Chodzi o to, że

21 stycznia, 2024

nagle przestał mi się dłużyć czas, serio.

Koniec z leniwymi popołudniami i długimi wieczorami. Koniec z przedpołudniową nudą niedzieli.

Teraz mam szybką wydawkę, istny życiowy fast food, nie wyszłam z południa, a tu już wieczór.

Czas dla siebie stał się najbardziej ekskluzywnym towarem, a szczytem szczęścia godzina w wannie i maseczka na twarz. Miotam się więc między sprawami, ludźmi, mamą i tymi nieszczęsnymi gołębiami (D. wraca za dwa tygodnie, a jej facet podrzucił mi kolejne dwa wory pszenicy).

Manicure robię w niedzielę, co za szczęście że „Femmes” na Sereno Fenna wychodzi naprzeciw takim jak ja. Mam plik niezrealizowanych recept, przedawnione skierowania na badania, mnóstwo smsów z pretensjami o brak kontaktu i przeczucie, że zaraz coś tak pieprznie, że się nie pozbieram.

Co się stało z moim życiem? W desperacji szukam miejsca na lutowy wyjazd, muszę znowu pod inne niebo, na ciepły weekend i dobre jedzenie, na snucie się bez celu, ale z przyjemnością.

Jak pisać, gdy palce osaczone rzeczywistością nie rodzą pogodnych literek?

Jak pisać, gdy życiowy chaos i huk pękających złudzeń o dotrzymaniu postanowień o kochaniu siebie i dbaniu o siebie jest świadectwem porażki…

Nie, nie poddaję się, przetrwam wszystko, tylko szkoda, że moje życie mija dokładnie tak, jak nie chcę żyć.

Żyję więc w antyżyciu, doświadczam wszystkiego tego, czego nie nigdy nie chciałam doświadczać. 

Ale mam na nadgarstku cztery zwoje czerwonej nitki z węzełkiem pomyślności, dostałam od prawdziwego szamana, tak w nią wierzę, że spokojnie czekam na wiatr co rozgoni…

Musi być dobrze, bo nie może być inaczej.

Li.


Wróciła do mnie stara przyjaciółka…

9 stycznia, 2024

…. bezsenność. Powspominam więc to, czego nie opisałam.

4 listopada 2023 roku skończyłam 56 lat. I to jest straszne. Oswajam się z nieuchronnym, obym nie skończyła jak moja mama. Postanowiłam zaklinać los i nie celebrować urodzin, tylko wyjeżdżać pod inne niebo. W 2022 roku udawałam, że nie mam urodzin na Madagaskarze, w tym roku nie świętowałam ich w poobijanym busie na czerwonej afrykańskiej drodze z Gambii przez Senegal do Gwinei Bissau. Notabene na Madagaskarze spotkała mnie śmieszna historia! Poznała mnie dawna czytelniczka bloga, jeszcze z czasów Chustki, mieszkająca w Szwecji (ściskam Cię Jagoda!), a moment w którym podpłynęła do mnie w wodzie i zapytała, czy to ja jestem Li- bezcenny. A potem była świadkiem, gdy o mało nie wywołałam lokalnej wojny uwalniając z niewoli przywiązanego krótkim sznurkiem lemura. Wrzeszczałam tak, że przyniesiono mi nóż i chwila, gdy to nieszczęsne zwierzę pobiegło w stronę lasu była piękna! Obiecuję sobie opisać te przeżycia, wrzucę trochę zdjęć, bo moja pocovidowa pamięć naprawdę mnie zawodzi. Łaknę przygód i miałam przygody! W Gwinei Bissau przeżyłam kilka historii , w których pokonałam własne ograniczenia, bo nigdy nie uwierzyłabym, że to w Afryce wsiądę pierwszy raz w życiu na motor i pojadę nim brzegiem oceanu podczas odpływu na Wyspach Bijagos. Nigdy też nie uwierzyłabym, że nęcona wizją zobaczenia hipopotamów w naturze wejdę w bagno po kolana, będę w nim brnąć starając nie zauważać pijawek, węży i tego wszystkiego co w takiej czarnej otchłani tylko czyhało na moje gołe łydki. A czy uwierzyłabym, że skoczę z łodzi do wody, gdzie do dna były straszne dwa metry?

Nie mogę spać, dochodzi czwarta rano. Wróciłam przed chwilą do domu po wykonaniu pewnej misji, mogę się do niej przyznać tylko w otchłani internetu, gdy późną nocą niczym Kuba-Rozpruwacz, wychodzę z domu, owinięta szalem i w czapce z daszkiem i modląc się, by nikt mnie nie zobaczył, idę do auta, wyciągam z bagażnika 5 kg pszenicy ( a mam jej tam dwa wielkie wory, na oko 100 kilo) i rozsypuję ją w tajemnym miejscu, którego nie zdradzę, karmiąc gołębie, których osobiście nie znoszę, ale których jest mi w zimie tak bardzo żal. Na cały miesiąc zamieniam się w gołębiarę, Ale co zrobić- obiecałam D. że będę to robić, podczas jej miesięcznej nieobecności. Ona robi to codziennie, przez cały rok. I one czekają, to w tym wszystkim jest najgorsze. Codziennie czekają. Nie da się nie przyjść.

Ot, takie zwyczajne życie.

Li


Miotam się po dniach, prześlizguję przez noce.

8 stycznia, 2024

Widzę, że mam zapisanych 195 szkiców… tyle razy próbowałam coś z siebie wyrzucić, by znowu doświadczyć nieznośnej lekkości bytu. Z jakiegoś jednak powodu musiałam pęcznieć od życia, gromadzić odpady jak Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, rozrastać się w każdym kierunku, poza właściwym. Pisanie przestało być lekiem, literki wywalane via klawisze przestały pociągać za sobą nitki smutku, zniechęcenia i nieszczęśliwości. Jestem zmęczona, przeorana i wkurzona. Taki zestaw nigdy ze soba nie współgra, jest kopalnią toksyn i świadectwem niemocy. Staram się nie poddawać, o losie, jak ja się staram!

Nie ma już Szarego i Bobcia, ale wychowuję z mizernym skutkiem kolejne koty (ze starej gwardii mamy Saszę, a z nowości to Klusię, Czarnego Kota i absolutne cudo- Manię).

Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija, czy aby na pewno Panie Lec?

Li


Co do zasady

12 marca, 2023

jestem szczęśliwym człowiekiem. Doceniam to co mam, nie pragnę tego czego nie mam, zwyczajnie cieszę się życiem, drobiazgami, wyjazdami pod inne niebo, moimi córkami, kotami, nie bez smuteczku za tymi, których już nie ma. Życie dla mnie jest zawsze z przodu, to się nie zmieniło mimo coraz większej ilości siwych włosów pod farbą. Mam 55 lat i 4 miesiące i nawet jest mi z tym dobrze. Bo to jeszcze nie jest źle. A świadomość tego jak może być źle boleśnie uderza mnie codziennie, gdy patrzę na swoją mamę. Traci pamięć, traci radość i światło życia. Wszystkiego się boi, nie jest w stanie opanować irracjonalnego z mojego punktu widzenia lęku. Nasza relacja zawsze była trudna, daleko jej było do tytułu matki roku, ale to już jest nieważne. Teraz nagle dostaję od niej tyle miłości, ile nie dostałam przez całe życie. Teraz na mnie czeka, cieszy się na mój widok. Teraz chce by ją całować i przytulać. Teraz jestem dla niej najważniejsza, na pierwszym miejscu, beze mnie nie żyje.

I to jest tak bardzo przeraźliwie smutne, kochajcie się, mówcie sobie „kocham” na koniec dnia, na koniec każdej rozmowy telefonicznej, ja tak mam z moimi dziewczynami, to jest takie silne, budujące, daje poczucie przynależności, daje morze miłości, daje sens ciężkiej codzienności, rozświetla mroki średniowiecza.

Kupiłam wczoraj kilka płyt, nie mogę się nimi nacieszyć, słucham na maksymalnej głośności, piję napar z imbiru i leniwie zbieram się na lotnisko po Gusię.

A co na to Lec?

Żyj współcześnie, jeśli nie możesz tego przełożyć na inny czas.

Li.


Sama sobie kupię kwiaty!

14 lutego, 2023

Uwielbiam tę piosenkę, tańczę sobie przy niej, uśmiecham się do siebie i trzymam za rękę.

A wokół tyle miłości- znowu mam czarnego kota, Szary musiał odejść, by przyjść mógł nowy kot. Kot ma na imię Kott i jest chodzącym czarnym aksamitem, przemiłym przytulasem. Czarne koty są magiczne.

Za kilka dni zmienię niebo, bo nareszcie, nareszcie Lizbona!

A dla wszystkich dużo miłości i przytulania. Ostatecznie dziś są te cholerne Walentynki.

:)

Li.


Ku Szarej pamięci.

16 stycznia, 2023

Uśpiłam dziś Szarego. Ufnego, mruczącego kota. Chłoniak zabierał go po kawałku, nie chciałam, by zjadł go do końca, by go upodlił, bo Szary zawsze był samcem alfa, królem kuwety, cesarzem kanapy i Panem mojego łóżka.

Siedemnaście lat wspólnego życia, bezwarunkowej miłości, czekania przy drzwiach, wygrzewania łóżka, sikania po materacu, ech… jak tu żyć bez tej szarej mendy, jak tu żyć?

Nie żyją już Maszkot, Boluś, Mecenas i Szary.

Został Bobcio i Sasza. Bobcio przez ostatni tydzień zachowywał się skandalicznie. Wyczuł słabość Szarego i zwietrzył swoją szansę detronizacji konkurenta. Atakował biedaka i dostawał ode mnie po tyłku.

Smutno mi, ten kot był przecież tak bardzo na miejscu. I już go nie ma. Siedemnaście mgnień wiosny, siedemnaście lat wtulania się w szare futerko, łaskotania wąsami, całowania w pyszczek. Siedemnaście lat fascynujących obserwacji Szarego życia. Siedemnaście lat pilnowania, by nic nie leżało na podłodze, bo zostanie zlane do imentu, Szary kochał porządek. Będę mogła położyć teraz dywanik przed wanną… bezpiecznie. Smutne, jakie to smutne.

Tak tylko piszę, by pamiętać ten dzień.

Li.


Jestem w stanie wiecznej wojny.

25 października, 2022

Mój osobisty konflikt z czasem wiecznie tli się pod cienką warstwą nocy i dni. Staram się tłumić go ponadnormatywną pracą, ale wpadam czasem w taki tygiel kotłujących się spraw, że już nie daję rady. Za dwa dni o tej porze muszę jechać na lotnisko do Warszawy, a lista zadań ciągle rośnie. Dlatego o zmianie stylu życia napiszę Wam po powrocie z moich urodzinowych wakacji. Dziś ważę mniej niż wczoraj i trochę więcej niż jutro, to jest tak motywujące, wspaniałe uczucie, nakręca moje trybiki, dodaje mi energii i chce mi się jeszcze mocniej żyć.

Podałam Wam kilka nazwisk, kto chce niech zacznie słuchać.

Znikam do 12 listopada, czuję że to będą wspaniałe wakacje!

Li.


Piszę do Ciebie list!

23 października, 2022

Dziewczyny, dostałam tak dużo maili, że nie jestem w stanie ogarnąć ich od razu ( a myślałam, że już nikt mnie nie czyta!!!). W czwartek wylatuję na Madagaskar i czas do zostawienia porządku w pracy bardzo mi się kurczy. Zrobię sobie jeden wzór i do wszystkich powysyłam.

Ale teraz napiszę kilka słów, może to komuś pomoże.

Od kilku lat czułam się coraz gorzej. Przeszłam wszelkie możliwe diety, łącznie z pudełkową (co za koszmar, po tygodniu miałam odruch zwrotny na widok pudełek pod drzwiami). Raz chudłam, ale znowu tyłam. Ale co najgorsze, wyniki z badań krwi miałam „w normie”. W końcu trafiłam na endokrynolog-diabetolog i zleciła mi badanie krzywej cukrowej i insulinowej. Wtedy oficjalnie dowiedziałam się, że mam cukrzycę II stopnia połączoną z insulinoopornością. Otóż zdarza się, że organizm, pomimo prawidłowego lub nawet podwyższonego stężenia insuliny we krwi, nie reaguje w odpowiedni sposób i nadal ją produkuje. Stan taki nosi nazwę insulinooporności, czyli obniżonej wrażliwości organizmu na działanie insuliny. Wytwarzanie coraz większych ilości tego hormonu (powyżej rzeczywistego zapotrzebowania organizmu) prowadzi do poważnych komplikacji zdrowotnych, poczytajcie sobie o tym. Nadmierna praca trzustki prowadzi do jej osłabienia, natomiast wysokie stężenie insuliny osłabia, a często nawet uniemożliwia działanie glukagonu, czyli hormonu biorącego udział w procesie spalania zapasów energii. Prowadzi to do odkładania się tkanki tłuszczowej, co skutkuje nadwagą, a nawet otyłością. Medycyna nie traktuje insulinooporności jako osobnej jednostki chorobowej, ale zalicza ją do grupy ściśle powiązanych ze sobą zaburzeń, zwanych zespołem metabolicznym.

Dostałam leki Jardance i Trulicity, drogie jak cholera, bo oczywiście nie refundowane. Zaczęłam je brać- Jardiance raz dziennie, Trulicity raz w tygodniu w postaci zastrzyku w brzuch. Oprócz tego musiałam przestrzegać rozpisanej diety i jeść 5 razy dziennie.

Zaczęłam 25 stycznia 2021 r. Rzeczywiście zaczęłam chudnąć, powoli ale stopniowo. W marcu 2021 zachorowałam na covid, trafiłam do szpitala, tam dostawałam codziennie insulinę, bo ilość sterydów jakie we we mnie pchano rozwaliły mi cukier. Covid miał jeden plus, w ciągu miesiąca schudłam 9 kg.

Do grudnia 2021 udało mi się zrzucić 19 kg, mimo że moja relacja z jedzeniem była koszmarna- nie mogłam już na nie patrzyć, a obowiązek jedzenia co 3-4 godziny mnie wykańczał. Do tego miałam złe samopoczucie, stany senności w ciągu dnia, co przy mojej pracy dostarczało mi dodatkowego stresu. Wlewałam w siebie głównie kawę. Nie mogłam spać.

W dodatku zaczęłam być sfrustrowana, bo waga znowu zaczęła rosnąć. Do 1 czerwca 2022 roku w stosunku do grudnia 2021 roku wzrosła o 8 kilogramów, więc z mojego odchudzania pozostało mi tylko na minus jedenaście kg. I wąskie dżinsy, które kupiłam sobie z dziką radością znowu nie były w stanie się dopiąć. Byłam nieszczęśliwa, sfrustrowana i zła. I wtedy znowu do roboty wzięło się moje życiowe szczęście. Szukałam czegoś na YT i trafiłam na kanał Braci Rodzeń. Teraz już ich nie słucham, ale wtedy pierwszy raz ktoś mi opowiedział o moich problemach i znalazł na nie rozwiązanie. Oni mówili o mnie. Przeżyłam szok, przez weekend obejrzałam ich wszystkie filmy, a potem trafiłam na dietetyków: Annę Godyń, Joannę Salwę i Mateusza Ostręgę i jestem im wierna do dziś. Bracia Rodzeń są bardzo pierwotni w swoich poglądach na jedzenie, Anna i Joanna są zdecydowanie bardziej wysublimowane i promują wesję keto śródziemnomorską, z mniejszą zawartością tłuszczy zwierzęcych. Mateusz Ostręga jest dietetykiem- keto świrem, ale bardzo merytorycznym. Słucham ich, czytam ich książki i widzę, że można cudownie żyć. Przez dwa tygodnie przeczytałam wszystko co znalazłam. Zrobiłam keto zakupy. Zaczęłam 15 czerwca 2022 roku. Od razu wprowadziłam zasadę postu przerywanego, to znaczy: jem przez osiem godzin, przez 16 nie jem. Ciężko było tylko pierwszego dnia. Jem o godz. 10.00 i o 18.00, a jak czuję że potrzebuję jakąś małą przekąskę w ciągu dnia, to jem- np miseczkę borówek amerykańskich z jogurtem greckim. Ale przyznam, że rzadko się zdarza, bym była głodna, jem raczej z łakomstwa, bo kocham borówki! Od 15 czerwca 2022 do dziś schudłam równe 16 kg.

O co w tym wszystkim chodzi? Napiszę Wam łopatologicznie, po szczegóły odsyłam do fachowców:

Chodzi o to, że nasz organizm czerpie energię przede wszystkim z glukozy. Jak masz insulinooporność, to gospodarka glukozą jest bardzo zaburzona. Tyjesz i tyjesz. Głodzisz się i tyjesz. Masz napady wilczego głodu, jesteś senna, rozdrażniona, masz problemy ze snem. Czy to o Tobie piszę, kochana?

Ciąg dalszy nastąpi jak wrócę z roweru!

Li.