Porozmawiajmy

13 września, 2026

o Davidzie, taki sobie wymyśliłam tytuł na notkę, zanim wydarzyło się to co się wydarzyło. A ta notka niech będzie dla Was ostrzeżeniem przed oszustami tego świata!

Jak to zwykle u mnie bywa, zadecydował za mnie los. Ja w tym czasie leżałam pod kroplówką, bo oczywiście mój organizm musiał się zbuntować w najgorszym dla mnie momencie- w dzień, w którym miałam mnóstwo spotkań i spraw. Leżąc półżywa pod kroplóweczką i walcząc o lepsze samopoczucie/niższe ciśnienie nie myślałam o licytacjach na Catawiki, w związku z tym ktoś inny kupił tak pilnowaną przeze mnie niebieską lampę, w dodatku za cenę niższą niż byłam skłonna zapłacić, chlip, chlip, a na mnie spłynęło szczęście wygrania lampy ociekającej różową słodyczą. Ale powiem Wam, że jak dokładnie jej się przyjrzałam, to się nią absolutnie zachwyciłam, jest najpiękniejsza od spodu, a przecież patrzeć na nią będę leżąc w łóżku.

Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło, kupiłam lampę za 100 euro, co jest cudowną ceną za lampę Capodimonte- ze słynnej, włoskiej manufaktury porcelany, powstałej w 1743 roku.

Wracając do Davida… włoskiego cwaniaczka, potentata lampowego-wystawione przez niego żyrandole poznaję po tym stiuku na suficie wokół lampy. Ponieważ byłam żywotnie zainteresowana tematem, dokładnie sprawdzałam oferty i ku mojemu zdziwieniu zorientowałam się, że ceny podbijane są ciągle przez te same osoby. Robiące to w dodatku mało inteligentnie, bo ta sama osoba podbijała cenę najpierw z 20 euro do 50 euro, potem z 50 na 100, na 200, na 300-licytowała sama ze sobą. Wkurzyłam się.

Byłam pewna, że kolejny raz (wcześniej miałam dwie takie sytuacje) dostanę od Davida na mój profil w Catawiki ofertę kupna. No i się nie pomyliłam, cwaniaczki podbijały cenę pomiędzy sobą, nie było żadnego poważnego kupca, a tak mało poważny kupiec jak ja, z ofertą 120 euro, leżał pod kroplówką. I David został z ręką w porcelanowym nocniku.

Oferta kupna lampy:

Nie, nie kupię tej lampy, choć rzeczywiście za jednym zamachem miałabym lampę i choinkę (dobre to Anka!), bo nie lubię być oszukiwana. Ale mam bonus, bo już wiem jak wygląda David, na jednym ze zdjęć wyeksponował swoje ciało, pewnie nawet nie zauważył, ale moje bystre oko… ;D

Oj David, rzucam na Ciebie klątwę! Taka klątwa od słowiańskiej kobiety ma wielką moc!

Li


Będąc

12 września, 2026

konsekwentnie niekonsekwentną znowu wchodzę na Catawiki, bo wiem że tylko tam mogę znaleźć lampę do swojej sypialni. Musi być piękna i ogromna! (Niczego nie nauczyłam się po lampie Draculi).

Obecnie obserwuję cztery lampy. Którąś z nich muszę kupić, nie mogę mieć gołej żarówki! A już jestem zniecierpliwiona, od lampy wiele zależy, chcę już mieć ładną, przytulną sypialnię!

Najbardziej chciałabym kupić numer dwa, ciągle kręci mnie kolor niebieski. Numer jeden jest za okazały i na pewno będzie bardzo drogi, estymacja to 800-1000 euro, numer trzy najmniej mi się podoba, za dużo tej porcelany, a numer cztery jest za słodki, gdy na niego patrzę to mam ochotę na słodycze.

Co myślicie?

Li


Minęło

10 września, 2026

już 13 lat pobytu Karoliny w Wielkiej Brytanii. Skończyła tam studia, znalazła pracę, zakochała się, śni po angielsku i kaleczy język polski. A ja tych anglicyzmów nie mogę słuchać! (Choć z reguły mnie śmieszą).

„Zobacz jakie mam torby pod oczami”, pożaliła się po nieprzespanej nocy. Torby! Worki! Bags!

Mam teraz naprawdę trudną teraźniejszość. Niby mam łatwiej niż wiele znanych mi kobiet, ale dla mnie jest trudno. Poziom trudności mierzę własną subiektywną skalą.

Jutro jest pogrzeb mojego kolegi. Zastrzelił się. Jak można się zastrzelić? Jak trzeba być zdesperowanym w chęci zakończenia życia, by się zastrzelić? ZASTRZELIĆ!

Co się trochę pocieszę, co wpuszczę trochę radości, to dostaję pomiędzy oczy taki emocjonalny strzał. I znowu jest mi smutno, bo bardzo mnie to wszystko obchodzi.

Byle dotrwać do czwartku i polecieć do mojego kawałka raju.

Li


Mam

9 września, 2026

dwa życia i to jest bardzo dużo na jak taką jedną Monię. Pierwszym życiem muszę zarobić na drugie życie, a drugie życie spowodowało skurczenie się czasu pierwszego życia, więc mój kołowrotek kręci się jeszcze szybciej.

Ale nie, nie narzekam, bo kocham moje dwa życia i każde kocham inaczej.

Pierwsze kocham z definicji- trzeba kochać własne życie. Czasem słońce, czasem deszcz, zmartwienia, radości, smutki i śmiechy. Obowiązki, praca, dzieci, dorosłość dzieci, bliskość, cieknący kran i przegląd auta. Codzienność, którą ubarwiam sobie jak mogę.

Drugie życie to czysta przyjemność, sama radość, tworzenie, malowanie, upiększanie, chłonę je całą sobą, uszczęśliwiam się każdą minutą, tam fruwam, a nie chodzę, tam uśmiecham się do każdego, bo realizuję swoje marzenie, dopiero piszę historię swojego włoskiego dolce vita i jak na razie nie spotkało mnie nic złego. Drobne niedogodności nie zasługują na rangę problemów. Bagatelizuję je, przeczekuję w trybie dolce far niente, kuję kolejne włoskie słówka, cieszę się wszystkim tak bardzo, że nic i nikt nie jest w stanie mnie z tego stanu wyrwać. Moje córki twierdzą, że gdy jestem w Kalabrii, to mnie nie ma. Istotnie, znikam z pierwszego życia do drugiego życia i nie biegam pomiędzy nimi.

O jak mi to było potrzebne! Jakim luksusem jest wypad pod inne niebo, ale do własnego domu! Za tydzień lecę więc na cztery dni do mojego miasteczka, do ludzi i miejsc, za którymi tęsknię, już planuję nowe rzeczy, może pomaluję schody, może zacznę odnawiać drzwi, a może tylko wybiorę farbę na ścianę mojej sypialni. Na pewno poleżę na plaży, nareszcie nagadam się z A., bo lecimy razem, oba nasze domy kochamy tak samo. Odwiedzę wszystkie oswojone już miejscówki, oczywiście sklepy z używkami, bo tam A. jeszcze nie była. B. z kolei odkryła nowy sklep w Lamezii, nie mogę doczekać się jego eksploracji, choć w sumie niczego nie potrzebuję, poza tym co mi wpadnie w ręce i zachwyci.

Paradoks jest taki, że kupując i remontując kalabryjski dom zubożałam finansowo w znaczeniu posiadanej ilości pieniędzy, ale zyskałam niesamowity skarb, czuję się bogata jak nigdy w życiu.

Lampy z Hogwartu/Draculi już nie mam, kupiłam inną:

Jeszcze jej nie widziałam na żywo, kochana Rina przyjęła kuriera. No i nareszcie podoba jej się jakaś lampa, co skwitowała: QUESTA e bella :)

Lampy Draculi nie znosiła. I słusznie.

Li.


Przywiozłam

4 września, 2026

z Kalabrii dwa siedziska do krzeseł do tapicerowania (udało mi się kupić prawie dwa takie same krzesła, różnią się trochę kolorem podniszczonej tapicerki). Pomna na moje długie poszukiwania włoskiego ramiarza, uznałam że pewnie taka sama droga będzie mnie czekać z tapicerem i najprościej będzie naprawić je w Krakowie. Siedziska zmieściły się do walizki, a z powrotem wyślę je Inpostem za całe 53 zł, włoski paczkomat jest 25 km od mojego domku (śmieszne jest to, że paczkomat ma godziny otwarcia i sjestę, no ale to jednak Włochy). Zadzwoniłam do mojego ulubionego tapicera Roberta, telefon odebrał jego syn. Robert nie żyje od kilku miesięcy, umarł w czasie snu. Wstrząsnęło to mną. Miał zaledwie 62 lata! Położył się wieczorem do łóżka, planując pewnie następny dzień i już się nie obudził.

To jest mój wielki lęk, umrzeć w ten sposób i zrobić to dzieciom i kotom. Zostawić bałagan w szafie, w dokumentach, w kosmetykach i w finansach. A jednocześnie czuję wielki opór przed porządkowaniem spraw przed śmiercią, bo przecież nie mam zamiaru już umierać! Ale Robert też nie miał zamiaru. Zostawił rozpoczęte prace, pomysły w swojej głowie, kontakty do klientów z ohasłowanym telefonem i zamówienia materiałów, których nie wiadomo gdzie teraz szukać.

Jak żyć, gdy nieuchronność śmierci zaczyna coraz mocniej wpychać się w świadomość i demoluje myśli? Staram się racjonalnie przyjmować do wiadomości fakt, że nadejdzie dzień mojej przydatności do życia, ale ja nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie jako starszej pani, a co dopiero widzieć siebie na marach!

A co na to Lec?

Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje, ten umiera.

Li


Wróciłam

3 września, 2026

z lotniska, całkiem spokojnie wypijam drugą kawę i czas zacząć pracowity dzień. Moje potomstwo leci do Helsinek, potem popłynie promem do Tallina i w niedzielę wróci do Krakowa. Wspaniały plan!

Poprosiłam o breloki z Małą Mi i z Mamusią Muminka.

Odliczam dni do 17 września, gdy zarzucę na ramię torebkę i wsiądę do samolotu. Obecnie interesuje mnie tylko jeden kierunek. Mój domek czeka i tęskni! Sąsiadki podlewają moją bugenvillę, karmią koty i piszą mi o miejscowych sprawkach i ploteczkach.

Jak tu wytrzymać jeszcze 14 dni, no jak?

Ze spraw praktycznych polecam Wam aplikację AirHint. Autentycznie przewiduje ceny biletów lotniczych! Słuchając jej można sporo zaoszczędzić/mniej wydać.

Li


Czy można

2 września, 2026

przestać być mamusią? Wydaje mi się to niemożliwe! Wczoraj w nocy odebrałam z lotniska moją Starszą, przyleciała na kilka dni, jak mnie to ucieszyło! Mamusiowałam przywożąc na lotnisko herbatkę rumiankową, a w domu gotując zupę ogórkową. Długo się Starszą nie nacieszę, bo mają z Gusią zaplanowany coroczny wyjazd siostrzany, ale przynajmniej jest coraz bliżej dnia, w którym ostatecznie porzuci swoje brytyjskie życie i razem z Luke osiądą w Krakowie. Urodzą się wtedy nowe problemy, ale będziemy tym martwić się później.

Luke nauczył się po polsku wypowiadać z wdziękiem słowo „jutro” i Karolina ma swoje „domani”. Taki los kobiet w naszej rodzinie, to my musimy wszystko ogarniać, organizować i ciągnąć do przodu. Ale w przeciwieństwie do mnie, obie mają bardzo kochających ich partnerów. W dzisiejszych czasach to już samo w sobie jest wielką wartością.

Nie wyobrażam sobie siebie oddającej stery sprawczości i organizacji życia w ręce innego człowieka. To przecież moje życie! Nie rozumiem bezwolnych kobiet, pomagam im, ale ich nie rozumiem. Polegać we wszystkim na mężczyźnie, który pewnego dnia odchodzi z tym „wszystkim”, a kobiecie wali się całe życie! Nie ma pieniędzy, nie ma bezpieczeństwa i nie ma organizatora życia.

Bądź samodzielna i bądź pierwsza dla siebie! Nie daj się sprowadzić do roli kury domowej, bo kury szybko się starzeją i tracą ładne piórka. Odkładaj nawet niewielkie kwoty, do których tylko Ty masz dostęp, nie zostawiaj dostępnej cennej biżuterii, bądź czujna i nie ufaj do końca. Nie chodzi o wieczną podejrzliwość i życie w lęku. Chodzi wyłącznie o poczucie, że cokolwiek się stanie, to dasz sobie radę.

Wiem co mówię, jestem ekspertem stanu porzucania i przecież sama doświadczyłam tego bardzo boleśnie, a ufałam tak bardzo, że zostały mi tylko obciążone karty kredytowe. Dałam sobie radę, każda z nas sobie da, jeżeli ma jakiekolwiek zasoby w pomocnych ludziach, w majątku (nie podpisuj rozdzielności, jeżeli niczego nie macie, a jeżeli macie, to podpisz, jeżeli przejmiesz cały wspólny majątek), w wykształceniu i możliwości pracy. Nie ma wiecznej miłości, nie ma wiecznych małżeństw, nie ma wiecznego zaufania.

Li


Pożar

1 września, 2026

został ugaszony, ale ludzka podłość została i ma się dobrze. Okrucieństwo, podłość, brak szacunku do ludzkiego życia i przyrody- taki jest świat i nic się nie zmienia.

W mojej rodzinie jest wielka afera, bo jedna z moich kuzynek- wykształcona kobieta, ale nic poza tym, bez porozumienia z kimkolwiek zlikwidowała grób naszego wspólnego prapradziadka. A najgorsze jest to, że nie widziała w tym nic złego. Rzecz dzieje się w małym miasteczku, gdzie na cmentarzu rządzi grabarz, łasy na zwolnione miejce przy głównej kaplicy. Prapradziadek z praprababcią leżeli tam od początku XX wieku, byli takim stałym rodzinnym odniesieniem, prapradziadek był potomkiem przybyłego z Hiszpanii Francesco de Navarro, rodzina była bardzo znana i szanowana, a potem ich kości znalazły się w plastikowej torbie. No i gdzie niby miały być pochowane? W sprawę wmieszała się moja jakże energiczna ciotka, posprzątała ten bałagan, kości wracają na miejsce, tylko zabytkowego grobu już nie ma, bo został w międzyczasie zniszczony. Prapradziadkowie dostaną więc nowy grobowiec, nie sądzę by byli tym zachwyceni, może będą gnębić kuzynkę po nocach. Co ciekawe, kuzynka dba o swój pochówek, buduje swój grobowiec (co za masakra), oby za 120 lat nie trafiła do plastikowej torby, historia często zatacza koło.

Uświadomiłam sobie, że nie mam miejsca na cmentarzu.

No i nie chcę go mieć. Chciałabym być rozsypana wśród brzóz, albo nad morzem, albo na łące, wszędzie tam gdzie jest spokój i piękno.

Jeżeli rzeczywiście jest jakieś życie „po”, to będę przychodzić do każdego podłego i złego człowieka, każdej nocy! Będzie z tym mnóstwo pracy, bo zło się pleni i póki co wygrywa. Trudno to znieść.

Li


Zawsze uważnie

31 sierpnia, 2026

słuchaj instynktu, wewnętrznego głosu, który nie wiadomo skąd, ale wie! Może tylko przeczuwa, może tylko wietrzy, ale trzeba mu ufać, bo chce żyć, a będzie żył tak długo jak my żyjemy. Ma więc istotny interes w utrzymaniu nas przy życiu.

Wierzę w swój instynkt, pielęgnuję tę wiarę, wielokrotnie ocalił mnie przed różnymi tarapatami.

W sobotę miałam lecieć do Kalabrii, bilet na samolot kupiony, auto wypożyczone. Noc z soboty na piątek była ciężka, spałam płytko, budziłam się z biciem serca, ciągle ktoś coś krzyczał, a to krzyczał mój instynkt: nie jedź! Rano postanowiłam, że nie polecę.

A w moim miasteczku od sobotniego południa było tak:

Poniżej widok z tarasu A.

Od soboty nie ma wody.

W tle głos Antonio, rozumni ludzie są przerażeni.

Jest mi bardzo smutno! Myślę o ludziach, którym spaliły się oliwne gaje i myślę o zwierzętach!

I głębi serca życzę podpalaczom wszystkiego najgorszego.

Li


To był

26 sierpnia, 2026

impuls, by ratować swoje życie. Zadziałał instynkt przetrwania. Moje ciało było już tak bardzo zmęczone tempem życia, przebodźcowaniem, zalewem informacji, koniecznością bycia w wiecznej gotowości… Szybujący ponad normę kortyzol, dramatycznie mizerna dopamina, ciągły stres… ile można, no ile? Czułam, że moje żródła życiowej energii wcale nie są odnawialne. Wysychają jak woda w Dunaju. Pragnęłam spokoju i ukojenia po kawale naprawdę ciężkiego życia, bo pisząc lekko o ciężkich sprawach wcale nie odejmowałam im rzeczywistego ciężaru. Krew, pot i łzy, ale za to teraz dodałam sobie mnóstwo koloru. Życie jest takie jedno, warto walczyć o jak najmniejsze zmiany, nie trwać w bólu i szarości, bo czas nieubłaganie, miarowo kroczy naprzód. Chcę mieć cudownie beztroską drugą połowę życia, chcę się cieszyć z byle czego, być zdrową i sprawną, nie dbać o bilet i ściskając w ręku kamień zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle.

Cieszę się najbardziej z tego, że moje córki ciągle chcą być blisko mnie, że razem przeżywamy nasze życia, wspieramy się i akceptujemy. To daje niesamowitą siłę i dodaje odwagi do życiowych szaleństw. I że ciągle jestem dla nich drzewem pod cieniem którego mogą się schować, którego szumu chcą słuchać i którego gałęzie mogą pozbierać, by rozpalić ogień.

Włoski domek pewnie będzie stał, jak mnie już nie będzie. Ale będę tam przecież w każdej rzeczy, nasycę go dla nich szczęściem i radością na lata, taki mam plan.

Li


Kiedy przychodzi

25 sierpnia, 2026

wtorek-potworek i nie wiem w co wsadzić ręce, próbuję ogarnąć sprawy robiąc plan. Piszę co muszę zrobić na już, co trochę później, ale też szybko, co mogę zostawić po weekendzie i czy bilety i wynajem auta mają dobrą cenę. Miały! Polecę więc w sobotę do środy i nareszcie pobędę sobie w domku sama. Chciałabym zająć się drzwiami, jakkolwiek to brzmi. Mam szlifierkę, papier ścierny i mnóstwo chęci. Zobaczymy jak mi wyjdzie. To są piękne drzwi, ale od wewnętrznej strony doznały krzywdy pomalowania olejną farbą, muszę ją brutalnie zedrzeć. Im dalej w las, tym trudniej będzie mi znaleźć czas na pobyt w Kalabrii, pewnie dopiero w październiku, to nie tak miało być. Będę więc wyrywać z krakowskiego życia po 2-3 dni, bo nawet jeden poranek na tarasie z kawą i włoskim widokiem jest dla mnie tak wielkim źródłem relaksu i radości, że warto, naprawdę warto. Bardziej myślę o sobie, staram się być pierwszą dla siebie to trudne po latach innych priorytetów, po spełnianiu oczekiwań innych, ale absolutnie konieczne. Sama to widzę, zdrowe podejście do samej siebie, chronienie rodziny, zakreślanie granic i nie dawanie się krzywdzić to podstawa. Szkoda, że tak późno to zrozumiałam, ale ważne że nie za późno. Wyzwoliłam się spod ciężaru cudzych oczekiwań i nareszcie czuję się swobodnie. Nie obchodzi mnie co kto o mnie myśli, jaka to jest cudowna wolność! Nie liczę się też z cudzymi opiniami, bo w moim wieku mam już własne i to ugruntowane. A już najmniej obchodzą mnie opinie na temat tego jak urządzam swój domek, z jednego prostego powodu- jest mój i to ja mam się w nim dobrze czuć. To, że pokazuję na blogu efekty remontu nie oznacza, że wystawiam się na ocenę. Piszę dla siebie i dla moich bliskich znajomych, a że przy okazji czytają mnie nieznajomi, to mnie tylko cieszy, ale nie definiuje mojego życia. Nie obchodzą mnie też opinie i pseudo dobre rady na tematy moich córek, ich życiowych wyborów, ich partnerów, bo to są dorosłe kobiety. Nie wtrącam się w ich życie, ale im pomagam i je wspieram. Z wielką miłością, bo je po prostu bardzo kocham. Są dla mnie najbliższe i najważniejsze. Nie będę natomiast niszczyć im życia moją wizją ich związków, tym bardziej że ja sama związkowo popełniłam w życiu mnóstwo błędów, wolę więc żyć samodzielnie. Trzeba popełniać własne błędy, próby ich naprawy dają siłę na przyszłość i kształtują charakter. Takie jest moje zdanie. Wtrącanie się w życie dorosłych dzieci to straszna toksyna.

A toksyn unikam jak się tylko da, botoksu też!

Dla zilustrowania mojego stanowiska zdjęcie Klusi.

Bądź jak Klusia!

Li


Jestem monotematyczna

24 sierpnia, 2026

i przynudzam, wiem. Ale kocham moje włoskie przygody i na razie (oj, ciężko za to zapłacę) mają priorytet przed innymi sprawami mojego życia.

Kupiłam kolejny stojak/kwietnik, lustro i „ten obraz”. Tym razem wzięłam się za hol, a stojak stoi przy drzwiach do mojej sypialni.

Zachwycam się tymi haftami, ktoś kiedyś pieczołowicie poświęcając wiele godzin kunsztownie haftował, cieniował i pięknie oprawił, a potem ktoś likwidując mieszkanie po zmarłej babci wyrzucił bez sentymentu.

(Ogólna nazwa na wyhaftowany i oprawiony w ramę obraz to „quadro ricamato”, a „pittura ad ago” to technika haftu malarskiego, gdzie gęste ściegi imitują pociągnięcia pędzla).
Dużo jest tych haftów na starociach, będę je zbierać, zwłaszcza te w ładnych ramach, tego chce ta gorsza strona mojej natury.

Wróciłam do Polski i nie ma rady. Trzeba pracować. Napisałam do włoskiego dostawcy prądu, że nie dostałam jeszcze żadnego rachunku za prąd, mimo umowy obowiązującej od 11 czerwca. Dziś mi go wysłali na whatsappa, Santa Madonna, po co się upominałam? Powiem tylko, że prąd we Włoszech jest mniej więcej dwa razy droższy niż w Polsce, koszmarnie dużo jest opłat dodatkowych, których nawet Achillus nie jest w stanie mi wyjaśnić, bo po prostu „są i już i nikt nie wie na co idą”. Do tego muszę zapłacić opłatę przyłączeniową, za montaż licznika itp itd. W sumie prawie 900 euro. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie kres tych wydatków i że będę mogła całkiem spokojnie wypijać kolejną kawę, bez wiszących nade mną obciążeń i rachunków.

Zgodnie z moimi przewidywaniami Signor Agazio nie pojawił się u mnie, by skończyć kuchnię. Jest sierpień, więc mu to wybaczam, szanujący się Włoch z południa w sierpniu nie pracuje.

Kuchnia więc wyglądała/wygląda tak:

Brakuje półek, cokolików, pewnie będę się z tym bujać przez następny rok, ale i tak bardzo mi się podoba efekt prawie końcowy, jest przytulnie i można gotować!

Dam sobie radę ze wszystkim, najgorsze już za mną.

Li

PS. Lampa została już wyeksmitowana, nagle zrobiło się jaśniej, można swobodnie oddychać, była w niej jakaś mroczność, złowrogość, może widziała ludzkie okrucieństwo, może była świadkiem strasznych rzeczy, działała na mnie przygnębiająco i gdy postanowiłam się jej pozbyć, poczułam ulgę. Wielką ulgę! I jaką satysfację miał Mimmo-brat Riny! Ściągał ją z uśmiechem na ustach, bo przecież mi mówił, że… Szukam więc lekkiej lampy do mojego holu, pogodnej i z pięknym światłem.


Aaaabsolutnie

22 sierpnia, 2026

pozbywam się lampy z Hogwartu/zamku Draculi, nie przekonam się do niej, za ciężko wisi nad głową, a mój domek ma być leciutki i wesolutki, bez zadęcia i z dużą ilością ślicznego kiczu. Ta ciężka lampa mi to psuje, nie chcę jej, trudno się do tego przyznać, ale nie jestem w stanie jej znieść. Pomyłka, wielka pomyłka, daję ją bratu Riny, by wywiózł ją na złom, a najlepiej podarował komuś, kto ma cztery metry do sufitu. Doceniam jej urodę, jest naprawdę piękna, ale wymaga wysokich, zamkowych sklepień, gdzie ja miałam rozum?

Ale, ale! Jakie mam kiczowate zdobycze! Warto było pojechać z Guśką do ulubionego sklepu z używkami, znalazła taki cud!

Cztery talerze na ścianę z czterema porami roku, idealne dla rozjaśnienia ściany przy schodach!

Oprócz tego:

Ta cudna lampa za całe 6,50 euro! Stoi sobie w mojej sypialni i daje piękne, miękkie światło. Nie uszknę z niej ani milimetra koroneczki.

Osiem ręcznie malowanych miseczek z zawadiackim kogutem. Mam sporo miseczek, ale te są najpiękniejsze:

Kolejny talerz na ścianę:

A oprócz tego piękne lustro, krzesło i stojak na kwiaty, który u mnie nie będzie na kwiaty. Aaa i jeszcze haftowany obraz, zrobię zdjęcie jak znajdę mu miejsce, jest piękny, to dzieło ludzkich anonimowych dla mnie rąk, kręci mnie to, szukam takich przedmiotów, nie chcę by były bezdomne.

Jutro wieczorem wracamy do Krakowa, już jest mi przykro, a jednocześnie czuję wielką wdzięczność, za to że mogę tak często być w moim włoskim domku, wszystko tak układam by przylecieć we wrześniu na kilka dni, a potem w październiku, w listopadzie, w grudniu… w każdym miesiącu na kilka dni, inne niebo, inne życie.

A ile mam tu jeszcze pracy! Wspaniała perspektywa!

Li


A w moim

18 sierpnia, 2026

miasteczku jest dziś Sagra della Melanzana, Święto Bakłażana, wielka coroczna festa i mnie tam niestety nie ma.

Ale przynajmniej moi są.

(Burza połamała parasolki, wiszą ostatkiem sił).

Na filmiku jest stara, popularna tradycja upamiętniająca wyzwolenie Kalabrii spod jarzma tureckiego i saraceńskiego, tym samym świętowanie końca niebezpieczeństwa i zdobycie wolności. To Ballo dei Giganti, taniec dwóch gigantów. Czarny olbrzym o wyglądzie saraceńskiego wojownika ma na imię Gryf, a biała olbrzymka, piękna kobieta z ludu ma na imię Mata. I tak sobie tańczą, a między nimi plączą się co bardziej odważni obywatele, ewidentnie cyknięci miejscowym winkiem.

Niesamowicie podoba mi się kultywowanie tych tradycji, zachwycam się tymi festami, zabawa trwa do bardzo, bardzo późnej nocy, wręcz nawet do świtu!

No i zaraz wszyscy będą jeść!

No dobra, jeszcze tylko dwie noce i Monica arriva!

Li


Ciągle gniazduje

18 sierpnia, 2026

we mnie „matka-kwoka” i mimo wielkich wysiłków nie jestem w stanie jej wyeksmitować. Mam przecież dorosłe dzieci! „Niech no tylko dorosną! Nie będziesz się już tak martwić, mówili…” A jednak poziom troski o moje małe duże nie opada wraz z wiekiem, mało tego- jakby zmienia natężenie, czerpie z innych danych i kieruje wektor troski w inną stronę. Bo teraz martwię się lokalnie i globalnie- poza codziennością, pracą dla nich, szczęściem osobistym, to o ich dalsze życie w czasach wojen, braków wody, wielkich zmian klimatycznych i AI. Największe marzenie? Być wolną od trosk. Co ciekawe, o siebie nie martwię się wcale. Que sera, sera.

Wczoraj miałam stresującą noc, bo martwiłam się o Guśkę, która niespodziewanie poproszona w nocy o przysługę, pojechała na lotnisko w Lamezii po córkę przyjaciółki, której spóźniony samolot wylądował po godzinie odjazdu ostatniego autobusu z lotniska i dziewczyna z kolegą, nie mając w zanadrzu innej opcji (hm…) znalazła najprostsze dla siebie rozwiązanie i napisała do Gusi. Moje dziecko jest prawdomówne i prostolinijne, nie ściemniła więc że piła wino, tylko przed północą wsiadła w auto i pojechała po nich, to były trzy godziny w aucie, a bardzo nie lubi jeździć w nocy. Czy ja bym też tak zrobiła? No niestety tak. Wkurzałabym się, ale pojechałabym na to lotnisko. Właśnie dlatego, że chciałabym, żeby w takiej sytuacji inna matka pojechała po moje dziecko, żeby było bezpieczne.

Tylko, że… u mnie nie byłoby takiej sytuacji, miałabym w zanadrzu inną opcję, choćby nocleg w hotelu przy lotnisku. Moje dziewczyny też by tak zrobiły, bo samodzielność i twórcze rozwiązywanie swoich problemów to podstawa życiowej zaradności. Warto pomagać i warto prosić o pomoc (wspomnijmy tu wdzięcznie Pana Edwarda), ale ta prośba o pomoc nie może być efektem pójścia na łatwiznę. Trzeba najpierw powalczyć samemu. Takie jest moje zdanie i takie też zdanie przedstawię mojej przyjaciółce. Albo trzeba wybierać lot w ciągu dnia, jeżeli nie wypożycza się auta, tylko liczy na komunikację zbiorową.

Czy jestem wredną małpą? Na całe szczęście coraz bardziej jestem!

Li

Dla złagodzenia przekazu zdjęcie bez związku. Kwoka z kurczakiem.


Miałam zły

17 sierpnia, 2026

cholernie zły nastrój całą niedzielę. Za dużo pracy, za dużo ciężarów i jeszcze te pretensje kotów o brak zainteresowania (chwilowy brak! przecież kocham te dziady nad życie), no i spłodziłam smutną notkę… a ile telefonów wywołała!

Skasowałam ją, o nie! Nie będę się żalić.

Nie lubię mieć weekendów z pracą w tle, a ciągle to sobie robię. Wydaje mi się, że mam bardzo dużo czasu, że napiszę coś mądrego, wypiję sobie przy tym kawę, a potem będę mieć weekend dla siebie. No nic bardziej mylnego- nie chce mi się nie pisać, więc wściekam się na siebie, piję mnóstwo kawy, więc drga mi powieka, mam rozgrzebaną robotę, fruwające papiery i zepsutą niedzielę. Doprawdy wzór organizacji.

Dziś wstałam skoro świt, lubię tak zacząć dzień.

Świat nadal jest piękny, słońce na Wybrzeżu Jońskim dalej zachodzi nad lądem,

gwiazdy szaleją, szaleją, w czwartek popołudniu odetnę się od pracy i po raz pierwszy lecąc do Kalabrii nie wezmę ze sobą laptopa. Zobaczymy czy będę mieć objawy odstawienia. Czekam na ten wyjazd, cieszę się spotkaniem z Gusią, naszą planowaną wyprawą na łowy, beztroskim wyłożeniem się na plaży i rozgwieżdżonym niebiem. Oraz faktem, że będę planować dalsze prace remontowe, ha! Myślę nad kolorem elewacji, nad moją szaloną lampą, zastanawiam się nad pomalowaniem szafy, nie mam granic, ni kordonów i to mnie cieszy najbardziej! Mogę zrobić to, co mi się podoba, a potem zmienić to, co mi się przestało podobać.

Cenię sobie tę wolność najbardziej na świecie.

Li

PS. Zastanawiam się po raz kolejny nad tym, po co ja piszę tego bloga. Ale sięgnęłam do starych notek, przeczytałam o sprawach i sprawkach, o których już nie pamiętałam, o historiach które przeżyłam i tak! Muszę pisać, bo nie chcę zapomnieć swojego życia. Nie mam czego się wstydzić, mimo że czasem jest lekkie żenua, o rety:D

Ale wiem, że fakt jak dobrze wyszłam z moich życiowych zawirowań, jak sobie poradziłam z tym nieszczęsnym rozwodem, jak skopałam tyłek wstrętnej, podstępnej i fałszywej kobiecie-koń (no nie dosłownie, ale bardzo dla niej boleśnie) pomógł wielu z Was. Więc będę pisać dalej, bo mam taką potrzebę z głębi duszy, bo to porządkuje moje życie, bo daje mi kanał ujścia.


Gdzie

16 sierpnia, 2026

kupiłaś tę lampę, zapytała Gusia. W Hogwarcie?

Wtopa, totalna wtopa. Co ja pocznę z tą kupą secesyjnego złomu? Przecież nie wyrzucę!

Wyrzuciłam za to już z mojego życia aplikację Catawiki, zwłaszcza po odkryciu sklepów z używanymi rzeczami. Swoje zrobiła, mam piękne kinkiety i kilka lamp, ale z tym ostatnim zakupem, to przesadziłam. Lampa ma metr na metr dwadzieścia (jakoś to przeoczyłam, uwiedziona sztucznie podrasowanymi kolorami, jakim ja jestem łatwym celem…), brat Riny wieszając ją mruczał pod nosem, że brutta, brutta… No nie, brzydka nie jest, jest piękna, ale jednocześnie jest cholernie mroczna, jak żywcem wyjęta z lochów Hogwartu, tu Guśka ma rację. Jakieś pomysły?

Nie wzięłam się jeszcze za upiększanie holu, na razie stoi w nim cudownie pakowna, ogromna szafa od Elli i wisi TA lampa, może ktoś ją chce? Kto ma sufit na wysokości czterech metrów? Oddam za darmo!

Li

PS. A dziś właśnie przeczytałam ten artykuł! Czasy, że można kupić coś okazyjnie dawno minęły. Wraz z wynalezieniem internetu. Sprzedający doskonale znają wartość tego co sprzedają, może gdzieś jeszcze na wyprzedażach garażowych można przypadkiem znaleźć coś cennego za ułamek wartości.


Moje

15 sierpnia, 2026

miasteczko nie jest turystyczne, ani specjalnie ładne, daleko mu do Tropei, zresztą miasteczka na wybrzeżu Morza Jońskiego nie są tak piękne, jak te nad Morzem Tyrreńskim. Moje miasteczko ma w sobie mnóstwo opuszczonych, smutnych domów, stoi w cieniu pobliskiego przepięknego Badolato, ma w sobie ruiny potężnej katedry i pałac kardynała, który chciał zostać papieżem. Ale jest urokliwe, żywe i ma ludzi, którzy starają się je upiększyć. To jest rozczulające!

W bonusie Gusia, w przypadkiem pasującej sukience.

Li


Robię wszystko,

15 sierpnia, 2026

by zmienić krakowski za szybki, niszczący tryb mojego życia w kalabryjski plaster miodu na skołatane nerwy- bez pośpiechu, z wczesnym kładzeniem się do łóżka i pobudką o szóstej rano. Do ideału- czyli piątej rano nawet nie śmiem dążyć, musiałabym przestać czytać wieczorami, nie zrobię sobie tego. Ale i ta szósta godzina dnia ma swoje cudowne właściwości, całkiem spokojnie wypijam drugą kawę i mam przed sobą cudowny dzień!

Lidia namalowała dla mnie dwa nowe obrazy! Oba to moje miasteczko! Ściany czekają, a mam już przecież miejscowego ramiarza, ściągnę je z blejtramów, zroluję i prześlę do siebie Inpostem. Los jest bowiem tak łaskawy, że ustawił kalabryjski paczkomat Inpostu dwadzieścia kilometrów ode mnie. Paczkomat jak prawdziwy południowiec ma godziny sjesty, bo znajduje się w sklepie, ale co tam, ważne że jest i że moja pierwsza testowa paczka, której w aplikacji dałam imię „Pierwsza Kalabrystka” doszła po sześciu dniach. Same plusy- przesyłka kosztuje tylko 53 zł, a walizka kabinowa, w której niewiele zmieszczę to wydatek 123 zł, paczką mogę przesłać 25 kg! Pakuję więc książki, kosmetyki, prezenty, tynk dekoracyjny, szablony, pacę wenecką itp, naoglądałam się filmików na YT i mam zamiar zostać tynkarką, bardzo mnie to kręci!

Kilka dni temu pierwszy raz w życiu użyłam szlifierki, wyszlifowałam krzesło i pomalowałam je na niebiesko, jakie to bylo relaksujące i twórcze.

Wszystkiego można się nauczyć, oglądam tutoriale i mozolnie, bo jestem manualnym beztalenciem brnę przez kolejne etapy szlifowania, wkręcania, a za chwilę i wiercenia. Tak, nauczę się wiercić i przestanę wiercić bratu Riny dziurę w brzuchu. Biedak, wywiercił mi już kilkadziesiąt dziur, a to przecież nie koniec. Bardzo, bardzo chcę sama zrobić tynki dekoracyjne, mam piękne szablony, jakie to pole do wyobrażni, gdy przebrnie się przez prozaiczne sprawy typu gruntowanie ścian. Będę mieć co robić podczas zimowych wyjazdów. Plany są! Najważniejsze jest mieć plan, choć przecież zostawiam spory margines na życiowe niespodzianki, którymi los obdarza mnie w nadmiarze, co uderza rykoszetem w moich bliskich, czasem sobie myślę że mój pech jest naprawdę zaraźliwy. Wiadomo, że póki co wychodzę cało ze wszystkich opresji, ale czy to będzie trwało zawsze? Przedwczoraj Gusia z Michałem jechali na lotnisko w Katowicach, odwoziła ich matka Michała i złapali gumę na A4 w okolicach Jaworzna. Ponieważ było to auto Michała, to nikogo nie zdziwił brak zapasowej opony (w bagażniku zamiast opony jest akumulator, bo to hybryda plug-in). Opona okazała się być przeciętą, więc doraźne środki jej naprawy nie działały. Czas nieubłaganie gnał do przodu, kurczył się czas do odlotu, Gusia do mnie zadzwoniła w panice, a ja sobie przypomniałam, że w pobliskim Chrzanowie jest człowiek, który po tym jak mu pomogłam, powiedział, że zrobi dla mnie wszystko. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam: „nadszedł czas spłaty długu, Panie Edwardzie”. Jak tylko wyszedł ze stanu przedzawałowego, to natychmiast wsiadł w auto i odwiózł towarzystwo na lotnisko, a matka Michała ogarnęła lawetę i zajęła się autem. „Uratowałaś nas Mami”, powiedziała mi Gusia, „Pan Edward jechał jak szatan”. Na lotnisku byli na 50 minut przed odlotem, zdążyli na samolot. „Wszędzie masz swoje macki”, kolejny raz powiedziała mi Starsza, co zawsze mnie bardzo śmieszy, ale to jest prawda! Znam tak wielu ludzi i na tak wielu ludzi mogę liczyć, że rozlewa się to na cały świat. Życzliwość ludzka jest wspaniała, trzeba tylko mocno w nią wierzyć i walczyć ze złymi tego świata.

Zawsze jak jadę do mojego domku, staję w Marinie i witam się z morzem. Kocham tę księżycową drogę. Jest jak moje życie, idzie prosto do końca, ale po drodze tyle meandrów, tyle drobnych wysepek spraw i sprawek, tyle ludzkich kropek, trzeba się zauważać, lubić, kochać, pomagać, przytulać.

Li

PS. Gwoli wyjaśnienia- nigdy nie robię zdjęć pod bloga. Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszego rodzinnego czatu, gdzie jest nasza trójka. Dokumentujemy tam co robimy, to jest kilkadziesiąt wiadomości dziennie, nazwa jest lekko dla mnie kompromitująca, ale bardzo śmieszna- Jęki Klusencjusza. Tak, Klusencjusz to ja. W opisie Starsza napisała: miejsce. gdzie Klusio(dalej to ja:D) sobie pojękuje(oraz okazjonalnie inni ludzie, którzy także mają do tego prawo, bo Klusencjusz nie ma monopolu na jęczenie).

Przy takich córkach nigdy się nie zestarzeję!


Jest ładniej

14 sierpnia, 2026

niż na Twoich zdjęciach powiedziała mi Gusia i przesłała kilka zdjęć z porannym światłem. Nie była w domku po remoncie, to jej pierwszy raz!

Nie potrafię robić zdjęć, zepsuję każde. Na szczęście moje córki nie mają tego po mnie i mają to szczególne oko.

Te ryciny na ścianie znalazłam w pierwszym domu.

Muszę przetrwać do czwartku wieczorem, a potem przyjdzie nagroda.

Li


Sklepy

13 sierpnia, 2026

z używanymi rzeczami to dla mnie raj. Mogłabym w nich spędzać po kilka godzin, z maksymalnie wyostrzonym wzrokiem, jak jastrząb! Kupiłam w nich takie cuda! Krzesło typu „Savonarola”, oryginalną komódkę, stół, stojak pod amforę, samą amforę, mnóstwo drobiazgów i śliczności. Prawie wszystkie meble dostałam od moich włoskich koleżanek. Kupiłam na włoskich wielkich wyprzedażach (tu są prawdziwe wyprzedaże) na beliani.it kanapę, fotel, stół i krzesła do kuchni. Meble kuchenne też są nowe. Kuchnia ciągle nie skończona, nota bene… Ale cała reszta mebli była już używana! Z historią. Można pofantazjować.

Ten cudowny biało-niebieski talerz na pierwszym planie był minimalnie ubity i kosztował 52 euro. Uznałam, że jest za drogi, tym bardziej że za 53 euro kupiłam kolonialny stolik do kanapy. Savonarola kosztował mnie 50 euro. Stojak pod amforę 52, ale nie mogłam mu się oprzeć. Amfora nie była tania, ale za to jajczarki kupiłam za 60 centów, więc się zbilansowało, ta bardzo prosta zasada ekonomii uwalnia mnie od wyrzutów sumienia.

Talerz poniżej kupiłam na targu, Pan stwierdził, że ma słabość do Polek i sprzedał mi go za 10 euro. Jest ogromny! I piękny!

O ileż piękniejsza jest ta wyciskarka do cytryny niż plastik z chińskiego sklepu, vero? Kosztowała uno euro.

Ptaka zrobiło mi się żal, ktoś go kiedyś pięknie wyrzeźbił, a trafił na wyprzedaż na szrocie, kupiłam go za całe 5 euro. Zielona karafka pięknie łapie światło, cena- 2 euro.

Nie piję espresso, ale mój ekspress w kolorze szałwiowym robi też lungo, kupiłam więc zestaw 6 filiżanek do lungo, z dzbankiem za 15 euro.

Nie mogę doczekać się piątku za tydzień, gdy pojadę pobuszować tam z Gusią. Na pewno wrócimy z łupami.

Cieszę się, że podoba Wam się mój włoski domek, domeczek, myślę o nim z wielką czułością, ubiorę go w piękną elewację, załatam każdą dziurę w tynku, zrobię z niego miejscową piękność, żeby puszył się na ulicy, do tej pory był w cieniu żółtego domu Riny.

Dom Riny mam po prawej stronie, dom Anastazji i Cosimo po lewej stronie. Jestem otoczona życzliwością. Gdy miałam gości, Rina przyniosła mi lasagne, Anastazja miskę fig. Anastazja ma trzydzieści kilka lat, jest bardzo ładna, z pochodzenia jest Białorusinką, została adoptowana przez włoskie małżeństwo z białoruskiego domu dziecka w wieku 8 lat. Wyparła okres sprzed adopcji zupełnie, ostatnio przeżyła szok, bo odnalazł ją jej brat, który nie mial tyle szczęścia co ona i został w Białorusi. Pisze do niej cyrylicą, ona nic nie rozumie, ale jest szczęśliwa. Jest wielką fanką nałęczowskiej śliwki w czekoladzie, Gusia zabrała dla niej dwa pudełka, dla Riny „Mieszankę Krakowską” i krówki, niestety wpędziłam je w nałóg! Wszyscy teraz chcą polskich słodyczy i polskich ciast, sama sobie to zrobiłam.

I tak się toczy sąsiedzkie życie w moim miasteczku, czuję się już jego częścią, dobrze się bawię, gdy schodzą się sąsiedzi i siadają na schodach, leje się winko, śmiechy, jest bardzo ciepły wieczór, patrzę na czekające na mnie/jedzonko koty, rozgwieżdżone niebo i coraz bardziej zasypiające miasteczko. Chłonę to.

W sierpniu miasteczko jest niezwykle gwarne i zatłoczone, zjeżdżają się na wakacje miejscowi z całego świata, otwierają się sezonowe knajpki, są nawet parasolki, jak Lizbonie, haha, światowy poziom.

Li


Nie

13 sierpnia, 2026

zapanowałam nad czasem, przeleciał przeze mnie jak meteor, nawet nie zauważyłam! Wróciłam w nocy w poniedziałek z Kalabrii, szczęśliwie nieszczęśliwa, to taki dziwny stan w którym miesza się satysfakcja, poczucie spełnienia, ogromna tęsknota i mnóstwo pomysłów. Mój włoski domek zaczyna nabierać koloru i mnie. Nie myślę o nim inaczej jak „mój włoski domek”, domeczek, moja bombonierka, schronionko przed pierwszym życiem. Znalazłam najbardziej swoje miejsce na świecie, nie chcę szukać niczego innego. Dzisiaj leci tam Gusia z Michałem i po raz pierwszy w życiu zazdroszczę czegoś swojej córce.

Odkryłam też niezwykle bogate źródła wszystkiego, czyli sklepy z używanymi rzeczami. Nie do wiary czego ludzie się pozbywają!

Zdjęcia są w przypadkowej kolejności i na różnych etapach, porządnie wszystko sfotografuję gdy! gdy! polecę tam za tydzień! Ale już wiem, że zaczęłam zbierać talerze na ściany! Są takie pięknie i tak bardzo w miejscowej kulturze. Mam już trzy! Poza tym muszę coś zbierać, to mnie nakręca i daje mnóstwo radości. Musiałam zmienić gałki w meblach kuchennych, zielone choć śliczne, były fatalnej jakości, zostawały w rękach (precz z Temu). Kupiłam w miejscowym sklepie inne, bardzo porządne i o wiele ładniejsze.

Chaotycznie i na razie tyle!

Li


Intensywność piątku

1 sierpnia, 2026

przekroczyła moje zdolności ogarnięcia myśli i napiszę o tym jutro. Dziś tylko o tym, jak z brzydkiej, masywnej i kompletnie bez wyrazu nocnej szafki, stworzyłam TO.

Kolor szałwiowy daje poczucie świeżości, prawda? Nóżki kupiłam w Polsce, pomalowałam i na lotnisku przekonałam Pana, że to nie tępe narzędzie, tylko zwykłe nóżki. Miałam ich osiem sztuk. Puścił. Marzę o tym, by już naprawdę nie latać z walizkami.

Mówiłam, jak bardzo nie lubię tej podłogi, prawda? Ale jest niestety porządnie ułożona i nie godzi się jej zmieniać, nie godzi, oj, nie godzi. Ale ten rozsądek boli.

Li


Serio,

30 lipca, 2026

nie miałam siły.

W telegraficznym skrócie:

Odcięło mi prąd, byłam na zasilaniu awaryjnym. Przeczołgał mnie mój tydzień w Kalabrii, wrócilam w nocy w poniedziałek tydzień temu i nie wiedziałam w co wsadzić ręce, tym razem w Polsce. Do tego weszłam na ścieżkę wojenną z firmami kurierskimi na włoskim południu i trudno w to uwierzyć, ale tę wojnę wygrywam!

Pozamawiałam przez internet mnóstwo rzeczy, w tym przepięknej urody szałwiowy ekspres do kawy. Lipcowe włoskie wyprzedaże są naprawdę wyprzedażami! Czekałam i czekałam na przesyłki, zdążyłam wyjechać do Polski, a tu zaczęła spływać lawina maili: adres zły, adres nieprawidlowy, brak kontaktu… o wy kurierskie dranie (bastardi, tak mówi Rina)! Nie chciało im się wychodzić z auta-do mojego domu dojeżdżają tylko te śmieszne trzykołówki. Ale nawet żaden kurier nie zadzwonił, a zapobiegawczo podałam numer Riny, bo polski prefix działał odstraszająco. Zalogowałam się więc na każdej spedycyjno-kuriersko-przesyłkowej stronie i zaczęłam swoją krucjatę mailami. Napisałam ich ze 150, serio. Wysyłałam po kilkanaście dziennie, nawet do takich tuzów jak beliani.it (lustro ciągle na gigancie). Pisałam, że kurierzy nie dzwonią, że to, że sio. Padłam pod wrażeniem własnej skuteczności, gdy Rina zaczęła wysyłać mi codzienne raporty z pochodów kurierów, szok! Dało się dostarczyć przesyłkę do Moni? Dało się! Na razie zaginęło tylko lustro, ale jestem pewna, że w końcu do mnie dotrze. Przy okazji odkryłam, że na mapie Google nie ma zaznaczonej mojej ulicy, co w tych poludniowych miasteczkach jest normą. Napisałam do Googla. Zaznaczyłam nawet swój dom, jako miejsce szczególnego kultu religijnego. Założę kościoł, psiakrew, ale na mapie będę i znajdzie mnie każdy GPS.

Druga moja wojna to stolarz Agazio. Tu musiałam być bardzo strategicznie ostrożna i miła i to on mnie wykończył. Zemsta /faraona/kurierów. Lecę dziś wieczorem z moją siostrą babeczną, a kuchnia dopiero się montuje. Za to blat z zielonego marmuru jest nieziemskiej urody i tojest moja pociecha!

Prowadzenie remontu na odległość to koszmar. Prowadzenie remontu z translatorem to podwójny koszmar.

Nie mam pojęcia jak mi się udało, bo się udało! Koniec! Zimą zrobię elewację i drugą łazienkę, ale to będzie w rękach niezawodnego Antonio, punktualnego, słownego, gdzie on się uchował? Jest taki włoski męską przystojnością i niebywałym urokiem, a jednocześnie taki niewłoski z tą swoją punktualnością i solidnością! Tak bardzo mogę na niego liczyć, jakimś cudem bardzo mnie polubił, chyba z litości:D

Będę więcej pisać z Kalabrii. Mam przed sobą całe 10 dni, ale będę mieć co robić. W bagażu mam 8 par nóżek (45 cm haha) do szafek, porcelanowe gałeczki, mnóstwo niezwykle potrzebnych rzeczy, ale mam nadzieję, że ostatni raz lecę z dużą walizką.

Zginęłabym jak ciotka w Czechach bez moich cudownych kalabryjskich ludzi- Riny, Antonia, Elli, Fiore i Agazio fliziarza. Nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale dziękuję za nich losowi!

Li

PS.Gdyby kogoś zdziwił zlew w tak nietypowym miejscu, to zaciskając zęby powiem jedno: Agazio stolarz się pomylił, a kamieniarz wg jego wskazówek wyciął marmur. Czy miałam wyjście? No nie…Czy muszę to zaakceptować? No tak. Czy będę patrzeć na czarny kran za każdy razem jak spojrzę z „salonu” do kuchni? No tak :D

Piano, piano….

Tu próba płyty-działa!

Woda też leci! Natychmiast kazałam ściągnąć te cokoliki, na szczęście nie zdążyli ich przykleić.

A tu tył stolarza Agazio w całej krasie.


Wracam tu za 10

20 lipca, 2026

dni, morze drżyj! Nie byłam ani razu, nie miałam czasu na relaks, ale zrobiłam naprawdę dużo, maksymalnie ile mogłam. Reszta w rękach stolarza Agazio i malarza Fiore. Pokój Gusi prawie gotowy, zapamiętajmy te zdjęcia, albowiem to nie jest koniec, słowo „prawie” kryje w sobie jeszcze tak dużo możliwości! Ale da się w nim miło spać. Komoda ma zniszczony blat, zamówiłam więc blat z białego marmuru, jest tutaj bardzo tani. Wszystkie meble dostałam! Tę cudowną kapę i poduszki Gusia wypatrzyła w „Biedronce”, przytargałam je z Polski i pasują tu jakby były miejscowe, to zupełnie tak jak ja! I myślę nad lampą, ma mieć wakacyjny klimat, bo takie wytyczne mam od mojej Mocodawczyni. Pokój ma być wakacyjny, niezależnie od pory roku.

Mój domek zaczyna pięknieć, nawet jeżeli tylko dla mnie. Ale piękno jest w oczach patrzącego, zawsze to pamiętam, biorąc do ręki kolejny odrzucony przez kogoś innego przedmiot. A te „dzieła sztuki” nad łóżkiem kupiłam na miejscowym targu, dałam znalezione ramy i wygląda to cudownie/wakacyjnie. Najbardziej cieszą mnie szalone możliwości, brak granic, wymyślanie, nadawanie nowego sensu, do łazienki kupiłam półkę w chińskim sklepie, ale się wpasowała, potem Wam pokażę.

Przede mną jeszcze cały dzień! Ale mi się nie chce wyjeżdżać… Zdjęcia tradycyjnie beznadziejne, ale kto ma oko, to zobaczy!

Li


Grande finale,

18 lipca, 2026

muszę zjechać do Mariny, by kupić haczyki i pobuszować w wielkim chińskim sklepie, są tam rzeczy zadziwiające i w jakiś dziwny sposób natychmiast potrzebne. Widzę, że te chińskie markety wypierają małe sklepiki, to bardzo smutne, ale tego procesu nie da się powstrzymać, tym bardziej że pewnie kalabryjska mafia dogadała się z mafią chińską.

Wstałam dziś o piątej rano, był przepiękny poranek, morze z daleka wyglądało jak wielka perła. Rina, moja kochana Rina przyniosła mi kawę w WIELKIM kubku, jaki to jest postęp w naszych relacjach, zrozumiała że ja piję kawę w zupełnie inny sposób, co nie znaczy, że nie ma na ten temat nic do powiedzenia, haha… Polacy to barbarzyńcy.

Lot mam w poniedziałek późnym wieczorem, dziś i jutro gdy oczywiście plaże będą najbardziej zatłoczone, nie odmówię sobie późnego popołudnia nad morzem, może nareszcie poza zapier…lem będę miała trochę relaksu.

Ale mam cholerną satysfakcję, chyba mi się udało! Nie wiem jakim cudem, choć czuję że maczały w tym swoje łapki miejscowe koty!

Li


To byłaby ujma na honorze

18 lipca, 2026

Kalabryjczyka, gdyby kredens spadł z lin.

Takie sytuacje MNIE się nie przydarzają, powiedział mi stolarz Agazio, dumny jak paw. Wybaczyłam mu wszystko, bo nie zrobiłby na mnie wrażenia wielki bukiet kwiatów, ale taka akcja już tak! Ale ciekawe czy pojawi się dziś, solennie mi to obiecał, ale wiecie jak jest-upał.

Fliziarz Agazio z kolei, mocno zdziwiony przywiercił mi piastrelle tam gdzie chciałam, na ściankę przy schodach. Też pojawił się gdy upał zelżał, muszę jednak jeszcze wiele nauczyć się o życiu na gorącym południu.

Malarz Fiore zakomunikował mi, że farba mu się skończyła i zniknął do poniedziałku, zanim się zorientowałam, że całe wiadro farby stoi i czeka. W poniedziałek wyjeżdżam i znowu sprzątanie spadnie na Rinę…Na szczęście do pomalowania pozostał tylko dół domu.

Dwóch synów stolarza Agazio przyjdzie dziś do mnie przed południem i przeniesiemy meble z sypialni z pierwszego domu-nie są piękne, ale mają nieodparty urok włoskiej prowincji lat 60-tych. Podrasuję je i będę się cieszyć, że sypialnię Karolci mam z glowy.

I tak, tak wiem, pomyliłam kontekst zwrotu „mi dispiace” (może dlatego tak się chłopaki zdziwiły, haha), ale to z wrażenia! Byłam w lekkim, acz przyjemnym szoku. Moja ekscytacja wpływa niestety na mój mózg, zalewa go dopaminą i tyle z myślenia :)

Li


Jednak muszę

17 lipca, 2026

mieć większą wiarę w moich włoskich ragazzi. Pod wieczór, gdy upał nieco zelżał, a ja nadal nie byłam nad morzem, zaczął się wielki ruch.

Obstawiamy czy spadnie?
Li


Wstaję rano,

17 lipca, 2026

biorę prysznic, idę na kawę do Riny (dwa kroki od moich drzwi), wracam i czekam.

Dziś jest piątek i zamiast wyluzować mam mordercze myśli.

Przez tydzień mojego pobytu miałam zamknąć dom z poczuciem, że wszystko jest zrobione, a tymczasem większość jest rozgrzebana. Malarz nie skończył malować, stolarz nie skończył kuchni, Agazio musi poprawić kilka rzeczy, w tym niestarannie położoną w trzech miejscach fugę (Jak Ty to zauważyłaś, Monika? Zapytał mnie bardzo zdumiony Antonio. Twierdzi, że go terroryzuję i zaczyna się cieszyć, że w poniedziałek wyjeżdżam:D

Ale są też i chwile szczęścia- po długich poszukiwaniach punktu oprawy obrazów ( adresy w necie są absolutnie nieaktualne- np. w Soverato było dwóch ramiarzy, pojechałam tam z nadzieją- a tu jeden umarł, drugi zlikwidował interes), zdesperowana zapytałam Elię. A ta bez wahania wskazała mi miejscowego fotografa, który w dodatku okazał się przyjacielem brata Riny, więc prawie już jak rodzina. Obrazy będą gotowe za tydzień! I miał bardzo duży wybór ram!

Z obrazami to była heca, nie miałam pomysłu jak je przewieźć, a bardzo nie chciało mi się jechać autem. Ostatecznie ściągnęłam je z blejtramów, zrolowałam i cztery z nich zmieściły mi się na długość w dużej walizce, a dwa wsadziłam do długiej tuby i bezczelnie z nią weszłam do samolotu, kłócąc się pod drodze z niemiłą panienką z obsługi. Ponieważ jednak miałam wykupioną dużą walizkę i bagaż podręczny, to jakimś cudem mi się udało. Ale wyłącznie dzięki z kolei miłej kobiecie przy nadawaniu bagażu, która odradziła mi przywiązywanie tuby do walizki i powiedziała, że mam z nią wejść na pokład, wcześniej prosząc obsługę o naklejkę, I tylko dzięki temu, że zapamiętałam jak wyglądała i mogłam ją opisać przy końcowej odprawie, to niemiła panienka wstrzymując kolejkę na co najmniej 10 minut, dodzwoniła się do właściwej osoby i uzyskała potwierdzenie, że mogę wejść z tubą na pokład samolotu. Tanie linie bardzo zaostrzyły rygory bagażowe i każdy pracownik może liczyć na dodatkowy bonus, bodajże 3 euro za wykrycie nawet minimalnych odstępstw od wymiarów bagażu.

Zdecydowanie poproszę Lidię, by malowała dla mnie obrazy mieszczące się w walizce, choć jaka to strata dla moich ścian!

Kinkiety wiszą i dają piękne światło:

Powiesił mi je brat Riny, bardzo dla mnie miły i bardzo pracowity człowiek. Narzekał na moje pomysły i nie rozumiał, dlaczego wieszam takie stare rzeczy, bo przecież ledy, ledy są najlepsze.

Li


Dzień jak co dzień, bo

16 lipca, 2026

stolarz Agazio miał przyjść wieczorem i nie przyszedł. Znowu nie pojechałam nad morze, cały mój dzień był jednym wielkim czekaniem na stolarza, na kamieniarza, na malarza. Uczę się cierpliwości, ale bardzo powoli. Bardzo! Trzeci dzień bez morza!

Dziś wydarzyło się kilka przyjemnych rzeczy i jedna okropna- ktoś niestety celowo porysował mi samochód, oczywiście wypożyczony. Na szczęście mam ubezpieczenie, wykupiłam opcję całoroczną na wypożyczane auta, ale robi mi się słabo na myśl o niewątpliwej wojnie z wypożyczalnią. Ech… czasem słońce, czasem deszcz!

Z rzeczy przyjemnych: wiszą już kinkiety i kupiłam lampę nad stół w kuchni. Stołu jeszcze nie mam, ale lampa mnie zachwyciła. Kupiłam ją oczywiście na tym przeklętym portalu Catawiki, za całe 8 euro plus koszty przesyłki- 80 euro. Jestem mistrzem biznesu, mogę udzielać lekcji, jak kupić coś bardzo tanio, ale jednocześnie bardzo drogo. Trochę jak kot Schrodingera…:)

Tak bardzo rozbawiłam Rinę moją opowieścią o toskańskiej skrzyni, że dostałam od niej w prezencie skrzyneczkę kalabryjską, śliczną! Porównanie wypada bardzo niekorzystnie dla toskańskiej ławy przyściennej (nie zapominajmy o magicznym słowie-miniatura).

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podaję że toskańska jest po prawej stronie.

Li

PS. Sufit ze stiukami należy do sprzedawcy. U mnie stiuków niet!


Oggi jest dzień

16 lipca, 2026

podejmowania wielu decyzji, więc na razie muszę być w domu, tym bardziej że na pewno nikt nie przyjdzie punktualnie. Malarz Fiore miał być na 8.00, przyszedł o 9.00, zostawił swoje rzeczy i poszedł na kawę do baru. Tak trzeba żyć! Kamieniarz miał być o 8.30, jeszcze go nie ma. A ja odejmuję z długiej listy moich pomysłów kolejne pozycje- już teraz żadna siła nie zmusi mnie do pomalowania sufitu w kuchni na niebiesko, chcę się uwolnić od tych włoskich wykonawców, a sufit na niebiesko pomaluję sobie sama. Jak już wszyscy stąd pójdą! Na razie mam nieustanne odwiedziny krewnych i znajomych królika, każdy chce obejrzeć płody pracy męża, brata, syna, były tu już prawie wszystkie żony, matki i sąsiadki.

Niespodziewanie pojawił się kłopot z wniesieniem kredensu na samą górę do kuchni. Nie mieści się na schodach! Wniesiona została tylko dolna część, a góra będzie transportowana przez balkony, nie chcę nawet o tym myśleć!!!

No i jest fotel! Ogromny i przewygodny! Ma piękny kolor, nie spodziewałam się, że będzie aż tak ładny!


Ale

16 lipca, 2026

się dzieje! Jest czwartek, a ja jeszcze nie byłam nad morzem, poza krótką chwilą na kawę z Riną w barze przy plaży.

Jestem wyczerpana, ale szczęśliwa. Sprzątam po remoncie, układam rzeczy, wściekam się, potem odpuszczam, na pewne sprawy nie mam wpływu i muszę je zaakceptować, to jednak są południowe Włochy, listwy przy płytkach w łazienkach są szczytem elegancji. Kuchnia się robi, ale jest bardzo spóźniona. Napisałam do stolarza Agazio, że rezygnuję z umowy i że jestem bardzo rozczarowana. Pojawił się w ciągu godziny.

Na razie pozdrawiam wszystkich z piekła upału, klima chodzi na najwyższych obrotach, w domu mam bardzo przyjemnie!

Li

PS. I moje cudo już wisi!


Do wszystkich

13 lipca, 2026

Wbrew swoim zasadom kasuję notkę z tym nieszczęsnym komentarzem. Nie chcę by odbywał się tu jakiś sąd. Sądu mam dosyć na co dzień. To ma być miłe miejsce (nawet mimo tego tandetnego gresu na podłodze).

Kasuję też komentarze, bardzo Wam za nie dziękując, cudne były! Tylko Zuzi żal. Ale może zrozumie.

Lecę dziś do Kalabrii, będę w domu pewnie po północy, już się cieszę, nie dam sobie zepsuć tego czasu, ani nie dam sobie psuć niczego innego. Nie może dotknąć mnie ktoś, kto mnie osobiście nie zna, a ja nie liczę się ze zdaniem kogoś, kto nie lubi kiczu, jednak kicz oblige, bądźmy szczerzy. Bo do kiczu trzeba mieć otwarty umysł i wyobraźnię!

Rina napisała, że włączy mi bojler (cudowny, nowiutki!!!), pościeli łóżko i przygotuje ręczniki. Przyniesie też z pierwszego domu piżamę i wszystkie moje kosmetyki. Jak nie kochać mojej Rineczki, no jak? Marzę o tym, by już nie było pierwszego domu, drugiego domu, ale był tylko ten jeden, jedyny mój domek w Kalabrii, gdzie już będę mieć wszystkie rzeczy i gdzie będę mogła zacząć planować miks kiczu ze wszystkim co się da. Na przeprowadzkę poświęcam ten właśnie tydzień. Zabieram ze sobą laptopa, bo muszę też trochę popracować, mieć lekcje z Achillusem, będę więc zdawać relację na bieżąco. Bo wiem, jak wielu z Was szczerze mi kibicuje i jak wielu z Was chce ze mną pojechać, haha, no pojedziemy ragazzi, pojedziemy! To ma być dom dla moich ukochanych dziewczyn, dla moich przyjacioł, dla życzliwych mi osób, bo życie jest tak cholernie trudne i tak cholernie krótkie, że tylko życie towarzyskie ma sens (za Dziewońskim:), w znaczeniu towarzystwa mojej rodzinki, przyjaciół, dobrych emocji, ciepłych wspólnych wieczorów, śmiechu i śniadanka z widokiem na morze. Tak ma być, no i tak będzie. A na filmiku ze ścieżką dźwiękową moje dorosłe dzieciaki w morzu, jakie szczęśliwe!

Li


Kroniki kalabryjskie

12 lipca, 2026

Łazienkowa drama trwa i jeszcze podbita została sprawą lustra. Kupując umywalkę z szafką (nie zachwyca mnie, ale powiedzmy że estetycznie będę wyżywać się w innych pomieszczeniach, a do szuflad na pewno przykręcę zielone, porcelanowe gałeczki!) zaznaczyłam, że na pewno nie chcę skompletowanego przez sklep lustra. Klasyka-paździerz i lampki w górnej części. Co zrobił Giandomenico, uroczy sprzedawca z miejscowego sklepu? Spakował i lustro. Szczęśliwie pracownik Antonio- Mimmo, nie wiedział jak to lustro powiesić, zadzwonił do Antonia, Antonio do mnie, a ja zapytałam: jakie lustro?

Remont na odległość pochłania mi mnóstwo czasu. Nie wszystko rozumiem, często muszę korzystać z translatora, tłumaczenie jest czasem kompletnie od rzeczy, wychodzi komedia, a Antonio, ciągle lekko zdegustowany sprawą matowej szyby, cytuje mi kalabryjskie przysłowie: Osła przywiązuje się tam, gdzie zechce pan. ( I że on niby rozumie, że nie ma nic do powiedzenia, ale robię glupotę i jego zdanie jest odmienne… )

Dziś byłam w Lanckoronie, razem z resztą Syndykatu Tre Sorelle, czyli z B. i A. Musiałyśmy umówić się specjalnie na niedzielny poranek i kawę w Lanckoronie, bo inaczej znowu nie miałabyśmy czasu spotkać się we trójkę! Mamy tyle spraw i spraweczek do omówienia, nasze domy generują długa listę tematów, a przecież musimy być na bieżąco! A tu u jednej zawalił się dach, a tu u drugiej wiatr wywalił szyby w oknach, a tu u mnie- to zresztą wiecie, co u mnie. Na razie mojej toskańskiej wielkiej skrzyni, co to miałam już na nią miejsce w holu, przygody dziewczyn jeszcze nie przebiły, mam pierwsze zaszczytne miejsce choć w takiej kategorii, o której lepiej nie mówić za wiele.

Czasem słońce, czasem deszcz. To był taki weekend, który najpierw wyczerpał mnie emocjonalnie pogrzebem, a potem dodał energii spotkaniem z przyjaciółkami. Byłyśmy też w lesie, poprzytulałam się do brzóz, powdychałam zapach mokrych liści, zmoczyłam nogi chodząc po trawach, przewietrzyłam głowę i mogę zacząć nowy tydzień z pespektywą jutrzejszego wieczornego wylotu.

Kupiłam kinkiety! Są drewniane i dokładnie sprawdziłam wymiary.

I takie dwie lampy do pokoju Karolci.

Li


Devo ancora

11 lipca, 2026

capire che i gusti polacchi sono strani, napisał mi Antonio po mojej gwałtownej reakcji na widok okna w łazience. No cóż, powinnam już wiedzieć że zlecenie Włochowi z Południa zakupu i montażu okna do łazienki będzie zdeterminowane przede wszystkim jego pragmatycznym podejściem do urządzania domu.

Non avrei mai immaginato che volevi un vetro transparente difronte un wc, napisał mi kompletnie oszołomiony moim stanowczym żądaniem wstawienia przezroczystej szyby zamiast tego paskudnego, sączącego zimne trupie światło matu.

Nie, stanowczo nie chcę mieć matowej szyby. Na zewnątrz będą zielone okiennice, chyba więc w wystarczający sposób oddzielą łazienkowe widoki przed ciekawskich wzrokiem, ale nie zabiorą tego cudownego, niepowtarzalnego włoskiego południowego światła wślizgującego się do środka, igrającego na ścianie, przechodzącego przez przezroczysty, zielony dzban, który chciałam na tle okna ustawić! Nie, nie zgadzam się i już. Musi to zmienić, jakby się nie dziwił polskim „dziwnym gustom”. Okno jest samo w sobie paskudne, ale to jakoś przełknę, coś powieszę, coś wymyślę, ale muszę do tego mieć piękne dzienne światło.

Przywykłam i przestałam się już dziwić, że we włoskich restauracjach są okropne żarówy, że często zimne światło jest mieszane z ciepłym, że mało kto dba o klimacik świetlny. Ale ja w swoim własnym domu o to zadbam, światło ma dla mnie kolosalne znaczenie, buduje nastrój, ociepla, daje życie światłocieniom, rzuca na ścianę tajemnicze wzory, jakie to jest wspaniałe, intymne, domowy własny, niepowtarzalny światek.

Wróciłam z pogrzebu spokojniejsza. Popłakałam sobie. Pożegnałam się. Pogrzeb był bardzo skromny, humanistyczny, z piękną przemową napisaną przez brata. Brat wspomniał o tym, że Baśka była wielką fanką hiszpańskiej piłki nożnej i jak bardzo cieszyłaby się z wczorajszego zwycięstwa Hiszpanii na Mistrzostwach Świata! Zgodnie z jej filozofią życiową i mocnym osadzeniem w buddyźmie, jestem przekonana że się cieszy. No i będąc teraz w swej niematerialnej postaci WSZĘDZIE, absolutnie popiera mnie w sprawie matowej szyby, więc drżyj Antonio, drżyj!

Li


Tadam 2(*)

11 lipca, 2026

Antonio dotrzymał słowa i gdy przylecę do Kalabrii w poniedziałek wieczorem, będę miała już łazienkę. Nie mam w niej jeszcze lampy ani lustra, ale może to i lepiej. Ostatnie bowiem dwa dni mocno odbiły mi się na psyche i na twarzy. Wolę się nie oglądać, ze smutnymi oczami wyglądam źle. A z oczami, które mimo wszystko starają się uśmiechać, ale są cholernie smutne, to już w ogóle…

A jest smutno mi. Smutno. Muszę jutro jechać do Wadowic, choć wcale nie chcę, na pogrzeb mojej przyjaciółki, zmarła tak niespodziewanie, że ciągle trudno jest mi w to uwierzyć. Była tłumaczką z języka angielskiego i hiszpańskiego, przetłumaczyła m.in. „Optymistyczny mózg” czy „Uzależnioną od dupków”. Basia, Basia Sławomirska. Rozmowa z nią to była czysta przyjemność i czujność, by nie wypaść z toru, imponowała mi swoją wiedzą, ale ja jej odwagą. Byłyśmy ze sobą mocno połączone.

Baśka, jak mogłaś! Tak bardzo cieszyłaś się moją Kalabrią, miałyśmy polecieć razem jesienią, miałaś zaprzyjaźnić się z Riną!

Baśka poza angielskim, hiszpańskim portugalskim, francuskim, mówiła też po włosku. Była ode mnie starsza zaledwie o 15 lat, bez grama zgorzknienia, bez pretensji do niezbyt udanego życia, pogodna i uśmiechnięta. Baśka umarła, to chyba jakiś żart.

Nie wiedząc, że nie żyje wysyłałam jej zdjęcia i filmiki. Wszystko było tak jak zawsze, nie odbierała telefonu, ale czasem to się zdarzało…

Masz Baśka, wysyłam Ci filmik z łazienką. Antonio kręci jak umie, właściwie to nie umie, nie ma to jednak żadnego znaczenia. I tak łazienki już nie zobaczysz, taki numer mi zrobiłaś. Wiesz przecież jak nie znoszę pogrzebów, ale jak mogłabym nie przyjść na Twój? Baśka, no i patrz- nareszcie nie jest Ci gorąco. Ale byśmy miały z tego ubaw, ile żarcików, ile szydery!

Li


Tadam!

10 lipca, 2026

Ale te płytki są piękne!!!!!
Li

Moje włoskie

10 lipca, 2026

koleżanki swoimi prezentami w zasadzie umeblowały mi dom, bo poza kupionymi przeze mnie meblami-sofą, fotelem, lampami z licytacji i krzesłami do kuchni wszystkie inne potrzebne meble dostałam w prezencie, potrzebuję więc jeszcze tylko stołu do kuchni. Wczoraj Rina będąc z wizytą u swojej jednej z licznych kuzynek ocaliła od wyrzucenia na wysypisko dwa nakastliki, wiedząc że takich właśnie szukam.

Czuję wielką wdzięczność!

Odbieram je we wtorek! W Kalabrii jest mąż A. z dużym autem, pomoże mi!

Na Catawiki kupiłam lampę, która wzbudziła atak śmiechu u Antonia- powiedział (wręcz z lekceważeniem) że 60 lat temu „wszędzie tu wisiały takie lampy”, co mnie bardzo ucieszyło, bo ja chcę mieć kalabryjski dom. Nawet jeżeli moja podłoga udaje drewno, będąc gresową podróbką drewna, co bardzo degustuje jedną z moich czytelniczek. A może i wiele z Was, ale jedna szczególnie daje mi to do zrozumienia:), i bez urazy!

Rzucam więc kolejną pożywkę w postaci przepięknie kiczowatej lampy. Ma 90 cm długości i zapalona rzuca piękne cienie. Ma do mnie dotrzeć 15 lipca, razem z moją toskańską ‚skrzynią” (lampa na osłodę i przykrycia mojej kompromitacji, dobrze że jest taka ogromna:). W tym dniu będzie też dostawa sofy, fotela i krzeseł, jakie szczęście że będę wtedy w Kalabrii i będę mogła sama to odpakować!

Nigdy nie dałabym się wtłoczyć w jeden styl. Lubię miksy i nieoczywistości, bo to nie jest nudne i jest po prostu moje. Jeżeli dla kogoś to straszny kicz, to jest to dla kogoś, dla mnie jest wyrażeniem mnie. Zawsze pamiętam, że „piękno jest w oczach patrzącego”. A poza tym, co jest złego w kiczu? Ma jedną zaletę- z reguły jest przytulny. Nie tworzę wnętrza do oglądania, katalogowego, urządzam wygodny, ciepły, kolorowy dom dla siebie i moich bliskich. Starymi gratami, płytkami z niskiej półki cenowej (poza tym z kuchni, haha), kanapą i fotelem z wyprzedaży. I to mnie najbardziej cieszy- nie dlatego, że wydaję mniej pieniędzy, bo i tak jakoś wydaję ich za dużo, nie oszczędzając na instalacjach, AGD i itp, ale dlatego że rzeczy które miały być wyrzucone dostają kolejne życie. A jest w nich zapisanych tyle historii! Tyle ludzkich rąk je dotykało (wiadomość do moich córek: odkażę!!!), tylu ludzi używało, są świadectwem przemijania. Nie zasługują na wyrzucenie.

Piszę o moich włoskich przygodach, nie po to by się chwalić, ale po to by pokazać, że każdy może jak chce. Że można zrobić coś z niczego. Że warto walczyć o marzenia. Że przypadek rządzi życiem, zwłaszcza moim. Że można robić wszystko, by sobie ukolorowić, ubogacić i zmienić życie. Tak, trzeba mieć do tego jakieś pieniądze. Za dom zapłaciłam 20 tysięcy euro, czyli nieco powyżej 80 tysięcy złotych. Remont wyniósł mnie drugie tyle. Ale od podstaw zrobiłam nową instalację elektryczną, wodno-kanalizacyjną (nie musiałam ich robić, ale były stare więc prędzej czy później…) klimatyzację, zmieniłam podłogi w kuchni, na trzech tarasach i zrobiłam zupełnie nową łazienkę. Czy to dużo? Nie sądzę. Do tego dochodzą koszty kuchni- nowe meble, przepiękny blat z zielonego marmuru ( tu sobie zrobiłam prezent-1100 euro) i sprzęt AGD- 5000 euro.

A reszta to drobiazgi. Taka jest cena wolności, radości, dumy z samej siebie, ekscytacji i czekania na każdy wyjazd jak na coś najlepszego. Tak! Decyzja o zakupie domu w Kalabrii była najlepszą decyzją mojego życia.

Czy jestem z siebie dumna? A jak cholera jestem! Prowadziłam remont na odległość, zjednałam sobie tak wspanialych ludzi, na których mogę liczyć i których sympatię namacalnie czuję, zapuściłam malutkie korzonki, które teraz będę podlewać potężną odżywką swojej tygodniowej obecności na miejscu, pokonałam barierę językową i przez sześć miesięcy nauczyłam się języka w stopniu komunikacyjnym. Stworzyłam miejsce, które będzie naszym rodzinnym domem, a moje córki już go kochają (mimo początkowego przerażenia, haha!). Pokazałam im, że można! I oczywiście, że wiele dobrych rzeczy było dziełem przypadku, ale czy to nie przypadek rządzi życiem? Trzeba tylko dać mu szansę. I opanować strach, bo que sera, sera.

Li


Wylałam wczoraj swoje

9 lipca, 2026

żale na fliziarza Agazio (tak, tak kolejny Agazio. To już czwarty z tego miasteczka, imię to jest tam bardzo popularne i tylko tam, reszta kraju go nie zna. Święty Agazio jest patronem miasteczka). Ale usunęłam tę notkę. Bo co on jest winien temu, że nie ma mnie na miejscu, że nie rozrysowałam mu sposobu ułożenia płytek, płytka po płytce. Agazio jest bardzo dobrym rzemieślnikiem, ale bez zmysłu estetycznego. Nie widzi tego, że jak jest miks płytek, to trzeba je dobrze wymieszać. Dla niego nie ma różnicy, czy trzy takie same płytki będą obok siebie. Dla mnie różnica jest kolosalna. Płytki więc będą dziś zerwane, Antonio ma poczucie winy, że nie zwrócił na to uwagi, a Agazio podobno dalej nie rozumie o co chodzi.

Gdy dostałam zdjęcia od Antonio, to zawyłam z zachwytu. Wybrane przeze mnie płytki są bowiem zachwycające. Przynajmniej mnie, haha. Ale gdy mrużąc oczy i robiąc sobie nowe zmarszczki powiększyłam zdjęcia, to zalała mnie fala żalu. I łez.

Płakać z powodu płytek, zapyta ktoś? No tak. Ja płaczę z różnych powodów, bo to mój kanał życiowej ulgi. Ale potem ocieram łzy i dalej działam. Przy tym zrywaniu na pewno jakaś płytka ulegnie zniszczeniu. Na szczęście przewidująco kupiłam ich o dwa metry kwadratowe więcej. Czekałam na nie ponad miesiąc, więc jeżeli teraz ich zabraknie, to następna dostawa będzie po wakacjach. No cóż, wytrzymam i to. Byle nie były ułożone bezmyślnie.

Antonio napisał, że Agazio pracuje od szóstej rano i że idzie na kontrolę.

Dam znać! Bo oczywiście mam nadzieję, że kogokolwiek poza mną to interesuje :D

Li.

Update:

No i da się pięknie pomieszać? Da się! Podobno biedny Agazio nie spał ze stresu całą noc. Akurat wierzę;D

Ale do końca życia będzie wiedział, że miks to miks.


A po nocy

8 lipca, 2026

przychodzi dzień i można na śniadanie przeżuć swoją porażkę. Idę dalej, ale gdy za jakiś czas Catawiki przyśle mi moją mini-skrzyneczkę, napłynie kolejna fala ;D A to się Rina zdziwi, bo oczywiście powiedziałam jej, jakie cudo mam zamiar kupić. No nic, ten element kompromitacji mam jeszcze przed sobą. Przynajmniej nie będzie musiała angażować ragazzi do wniesienia.

(Wczoraj tak bardzo rozbawiłam Achillusa, że nie był w stanie prowadzić lekcji, przenieśliśmy ją na piątek. Cały czas parskał śmiechem, zdaje się, że miał o mnie lepsze zdanie. W piątek sprawdzę, jak bardzo to się zmieniło).

Wytrwale licytuję dwie rzeczy, ale dokładnie sprawdziłam wymiary. Jestem jak Ania Shirley- ciągle popełniam błędy, ale nigdy nie takie same. Choć trzeba przyznać, że katalog moich błędów jakoś nigdy się nie kończy.

Wczoraj K. pocieszyła mnie historią o zakupie na Catawiki przepięknego obrazu o wymiarach 10×13 cm. Oprawiła go w ogromne ramy, żeby było go widać na ścianie.

Tak, że… ten, tego… jest nas więcej:D

Li

PS Na osłodę dostałam od Antonio zdjęcie skończonej podłogi w łazience. Jestem absolutnie zachwycona efektem połączenia szałwiowych płytek z płytkami z resztek z kuchennej podłogi. Efekt tafli, to po prostu mokra podłoga:)


ZAKAZ!!! Powinnam

7 lipca, 2026

mieć zakaz korzystania z internetu, a zwłaszcza z różnych aukcji. Zawsze, ale to zawsze kupię coś głupiego. Nie doczytam, nie zauważę, z wyższością pominę, bo przecież jestem za mądra;D

Na swoje nieszczęście odkryłam Catawiki (błagam, nie wchodźcie tam). O Jezusie, jakie tam są cuda! Przeglądałam oferty i mój wzrok przykuła piękna toskańska skrzynia, idealna na jeszcze nie wiem co, ale na pewno na coś bardzo potrzebnego. Wizualizowalam ją w swoim kalabryjskim holu, cud i miód.

Zaczęłam licytować, przyznam, że zdziwiła mnie niska cena, no ale to przecież jest licytacja, więc przebiłam wszystkich zabójczą kwotą 34 euro i zajęłam się innymi sprawami. Catawiki zaczęło wysyłać mi powiadomienia, że aukcja zaraz się kończy, weszłam w aplikację (te cholerne małe literki!!!) ot tak tylko, by sprawdzić jak bardzo pognębiłam moich konkurentów do tego cuda, no i…

No i cóż. Za 36 minut i 24 sekundy z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością stanę się właścicielką przepięknej toskańskiej skrzyni o wymiarach 10 cmx10 cm x25 cm. Nie zauważyłam słowa „MINIATURA”. Ale przynajmniej ma już prawie 200 lat (szukam pozytywów:D

Możecie się śmiać. To będzie próba przed tym co mnie czeka od moich dziewczyn, będą kpiły bezlitośnie.

A przy okazji ogłaszam konkurs- co mogę w niej trzymać? (poza upadłym ego).

Proszę tylko o poważne propozycje :D

Li

Update: wygrałam aukcję, hurra :D

No i nie muszę płacić za opcję z wniesieniem :D


Założyłam sobie, że

7 lipca, 2026

nie będę kupować nowych mebli. Ale wymiękłam przy tej sofie i fotelu. Są tak bardzo retro i tak bardzo będą pasować! Najbardziej do ściennych płytek w kuchni. No i do moich poduszek z cytrynkami, bo co jak co, ale cytrynki w jakiejkolwiek postaci muszą być. Poduszki były pierwsze. Potem do nich dokupiłam meble.

Będę szukać stołu do kuchni, starych lamp, luster i ciekawych drobiazgów. Daję sobie na to wszystko czas, poza czasem na szukanie stołu, bo tu mam pilną potrzebę, stół w kuchni to najważniejszy mebel, poza łóżkiem, które dzięki Elli już mam.

(A dziś moja Karolcia ma urodziny- 32. Trudno mi w to uwierzyć, dla mnie to ciągle moja mała córeczka, a to przecież dorosła, samodzielna kobieta, o czym mi dobitnie przypomina, gdy za bardzo mamusiuję. Ma charakter, to najważniejsze).

Li

( Zdjęcia mebli ze strony beliani.it). No i widać dwa różne odcienie zieleni, w zależności od zdjęcia. Mam nadzieję, że kolor tapicerki będzie taki jak na ostatnim zdjęciu. Kupowanie w internecie to niezły hazardzik. Przecieram szlaki, to będzie moja pierwsza dostawa mebli w Kalabrii.


Notka porządkująca

6 lipca, 2026

nie świadcząca najlepiej o moich zdolnościach umysłowych, ale jak to zwykle u mnie- porażka okazała się sukcesem.

Skoro powiedziałam A, to powiem i B.

W styczniu 2026 roku kupiłam dom z Madonną. Kupiłam go nie widząc go w środku ( gdzie miałam rozum? Na szczęście, że go nie miałam!!!) Nazwijmy go Prima Casa, pierwszy dom.

Dom niewątpliwie piękny, z pięknymi podłogami, wysokimi sufitami. Ale zalewany przez nielegalny taras sąsiedniej nieruchomości, nie zamieszkałej od 10 lat. Zalanie zobaczyłam dopiero, gdy weszłam do niego pierwszy raz. Było to po cyklonie Harry, ściany kuchni i salonu były mokre.

Pośrednik Agazio próbował naprawić sytuację, bo wiedział, że nie odpuszczę, więc wynegocjował ze spadkobiercami tego sąsiedniego domu, że mi go sprzedadzą za 5 euro, w ramach odszkodowania za zalewanie. A potem ojciec Agazio niejaki Cosimo, właściciel miejscowej firmy budowlanej pięknie mi wszystko wyremontuje. Wahałam się, bo po co mi dwa domy, ale ten drugi był naprawdę malutki-wąska kamieniczka przyklejona do mojej, a jako wielbicielkę dużych powierzchni do mieszkania kusiła mnie myśl o przebiciu się przez ścianę. No i miałabym od razu taras, choć do remontu, bo sąsiad „zapomniał” o odpływie dla wody i z tarasu podczas deszczu robiła się wanna, a woda wsiąkała w moje sufity. Plusem było to, że odpływ mógł przechodzić pod dachem Prima Casa. Wszystko szło w dobrym kierunku, choć byłaby to ogromna inwestycja. Jak ogromna przekonałam się po otrzymaniu kosztorysu- zdecydowanie podwyższonego dla cudzoziemki co najmniej trzykrotnie. Oburzyłam się i wkurzyłam się i na Agazio i na Cosimo, bo mówiąc wprost- głupia nie jestem (choć mając na uwadze opisywane powyżej okoliczności można mieć co do tego wątpliwości:)

W międzyczasie poznałam Rinę, która namówiła mnie do obejrzenia jej domu do sprzedania. Zakochałam się w nim od razu. Był dla mnie idealny, tańszy o 10 tysięcy euro, miał trzy sypialnie i nie wymagał aż tak dużych nakładów na remont, jak pierwszy dom.

Kupiłam więc dom od Riny, nazwijmy go Seconda Casa- drugi dom, i zaczęłam główkować co zrobić z pierwszym domem. Plan był taki, że Antonio- właściciel konkurencyjnej dla Cosimo firmy budowlanej (którego wcześniej poznałam i poszła iskra między nami) nielegalnie wejdzie przez mój dach na ten nieszczęsny taras, uszczelni go wielką ilością żywicy, poprowadzi rurę odprowadzającą wodę pod moim dachem do rynny i wystawię dom do sprzedaży, nie ukrywając jego wad. A ma ich aż cztery: zalewany sufit (choć żywica powinna pomóc), położenie przy głównej ulicy, co powoduje że w sypialniach była głośna autostrada, ma tylko dwie sypialnie, a ja potrzebuję trzech, no i jeszcze ten nieszczęsny kościelny dzwon, bo wskutek kaskadowej zabudowy miasteczka dzwonnica kościoła znajduje się na wysokości okien sypialni, w odległości 80 metrów. Można było oszaleć, serio! To jest bardzo religijne miasteczko. Na pewno musiałabym wymienić okna na dźwiękoszczelne, albo… przywyknąć.

(Zjednałam sobie Antonia tym, że powiedziałam mu, że zanim sprzedam dom, to muszę naprawić źródło zalewania, bo nie chcę nikogo oszukiwać, tak jak ja zostałam oszukana. Był w szoku, co nie najlepiej świadczy o ludziach:) Ale powiedział mi, że mu zaimponowałam i on zrobi wszystko, by zatrzeć złe wrażenie o Włochach. I robi:)

Zanim zabrałam się do sprzedaży znalazłam kupca, a raczej kupczyni sama się znalazła. Dom- Prima Casa ze względu na jego położenie i urodę postanowiła kupić moja przyjaciółka, ta dzięki której w ogóle znalazłam się Kalabrii. Ma już jeden dom w naszym miasteczku, ale chciała mieć drugi, jako siedzibę swojej Fundacji. Zna wszystkie jego wady, mam więc czyste sumienie. W dodatku umówiłyśmy się na cenę obejmującą wszystko to, co na dom wydałam (kwotę kupna, notariusza, pośrednika, wywóz śmieci), bo to i tak jest poniżej jego obecnej wartości (ceny w Kalabrii szybko idą w górę) Ale ja jestem jej tak wdzięczna za moją wspaniałą włoską przygodę, że warto było sprzedać za mniej, ale też i mieć problem z głowy. W sumie nie straciłam ani jednego euro.

Agazio i Cosimo nie remontują mi niczego, niech szukają innych naiwnych. Wszystkim u mnie zajął się Antonio, który jest uczciwy do kości, dał mi cenę naprawdę dobrą i w dodatku prace jakościowo są bez zarzutu.

Podsumowanie: kompletną głupotą było kupowanie domu bez oglądania go w środku. Miałam tylko jego plany. Ale, ale! Gdyby nie ta spontaniczna głupia decyzja nie miałabym teraz mojego kochanego, cudownego domu, bo Rinę poznałam tylko dlatego, że przyszła zapytać, czy może wziąć obtłuczoną białą miskę z wyrzucanych przeze mnie śmieci. Nie spotkać Riny! To byłoby straszne! Uwielbiam tę kobietę!

Jak to zwykle u mnie, los był łaskawy litując się nad taką głupotą, haha! Teraz jestem wyedukowana, mogę każdemu pomóc, bo dokładnie wiem jak nie kupować domu we Włoszech.

Ot, taka historia z której płynie jeden wniosek- trzeba wierzyć w swoje życiowe szczęście i być optymistką. Oraz nie przejmować się sprawami, na które nie mamy wpływu, ale łapać szanse jakie daje los.

Li


Kroniki kalabryjskie.

6 lipca, 2026

Piszę, bo chcę pamiętać tę ekscytację każdym nowym zdjęciem od Antonio, od dziś mam już podłogę w łazience!

Cudownie ociepla moje szałwiowe płytki. No i zmieściła się w założonej cenie 20 euro za metr kwadratowy.

A w kuchni tak: brakuje jeszcze fug i cokolików, ale będą, będą!

Li

PS. Bajzel nie mój.


A mówili, że

5 lipca, 2026

na pewno włoscy budowlańcy mnie oszukają, że będę płacić dużo za dużo, że to, że tamto… Ale ja poznałam Antonio. Jest przemiłym, przesympatycznym, pięknym mężczyzną. Nie znam się na ludziach, ale znam się na mężczyznach. Antonio jest przeciwieństwem cwaniaka Agazio. Jest też bardzo punktualny, co dużo o nim mówi. Mam też przekonanie, że mnie zwyczajnie polubił, gadamy sobie na różne tematy, na tyle na ile pozwala mój włoski. Lubią go nawet moje córki, co – zwłaszcza w przypadku nieufnej Karolci jest dla mnie dowodem, że się co do niego nie mylę. W maju umówiliśmy się na remont, ustaliliśmy cenę, trochę było po drodze „piano, piano” i „domani”, ale prace przyspieszyły tak bardzo, że za tydzień lecę do swojego domu z nową łazienką i klimatyzacją!

A wczoraj przeżyłam cenowy szok. Było tyle prac dodatkowych, że liczyłam się z dopłatą nawet i 5000 euro, a tu niespodzianka- dopłacam tylko 1000 euro do ustalonej ceny. Oniemiałam, serio, tym bardziej że cena remontu jak na polskie standardy jest naprawdę niska.

Mam już prawie skończoną łazienkę, jutro będą fugowane podłogi w kuchni. Brakuje jeszcze tylko cokolików (battiscopa, nauczyłam się tej nazwy) w kuchni i na tarasach i płytek na ścianie w kuchni. Szybko to poszło, 13 lipca przyjadę już do domu z łazienką i klimatyzacją. Będę tydzień w Kalabrii i będzie to tydzień bardzo pracowity, ale gdy już wszystko zrobię, to potem będzie tylko upiększanie i już wiem, jak będzie mnie to cieszyć!

Przeglądam swoje zapiski. gdzie planowałam gdzie, co i jak. Wykreślam kolejne pozycje i czuję z siebie cholerną dumę. Dałam sobie radę z remontem na odległość, ale to tylko dzięki niesłychanie przyjaznym mi osobom. Takim jak moja kochana Rina, inna moja sasiadka nagrała mi filmik, jak Rina pomaga moim budowlańcom. Kobieta ma 68 lat! Jak ja jej się odwdzięczę? Rina wciąga na linie zaprawę cementową!

I te moje płytki łazienkowe, co do których marudziłam, że są zbyt nowoczesne (kryterium ceny było bezlitosne), okazały się wspaniałe i gotowe do wystylizowania na wiejski dom, wystarczy że dodam rafię, wiklinę, zazdrostkę na okno. Będzie pięknie!

A łazienka przez chwilę wyglądała tak:

Jeszcze trochę wysiłku i nasz domek będzie gotowy na nas, na naszych gości, na przyjaciół, na kolacyjki pod gwiazdami, na relaks i chwile zapomnienia. Taki jest plan!

Li


Wiadomo, że

3 lipca, 2026

teraz z tym moim blogiem jestem na dalekich końcach wszelkich możliwych zasięgów, ale jednak trochę Was mnie czyta.

I nigdy nie zawodzicie, więc może i tym razem się uda? Wspomagam jak mogę Fundację Człowiek dla Zwierząt. Jest im teraz bardzo ciężko, a ostatnie upały wyssały ich z mokrego jedzenia dla zwierząt- i psów i kotów.

Kobieta prowadząca Fundację- Wioletta, jest podmiotem mojego wielkiego podziwu. Naprawdę wielkiego. Nie znam jej osobiście, rozmawiałam z nią kilka razy przez telefon, bo ja jak to ja- pozamawiałam dla Fundacji wielkie paki jedzenia, kurier dysząc wniósł je na moje 3 piętro, a okazało się, że w zooplusie nie kliknęłam (kolejny raz) zmiany adresu z mojego na adres fundacyjny. Trzeba było odkręcać, robić zamieszkanie, ech…

Pomagam zwierzętom, ile mogę. W moim włoskim miasteczku zna mnie już chyba każdy kot i pies. Podjeżdżam autem pod dom i natychmiast mam wokół siebie kilkanaście kotów, dosłownie mnie witają z ogonkami w górze. Skąd wiedzą, że to ja? Tylko koty znają tę tajemnicę. Zostawiam jedzenie Assuncie, by je karmiła na czas mojej nieobecności- żeby była jasność- one są karmione na co dzień, ale podłą tanią, suchą karmą pełną zbóż. No cóż, bieda. Kupuję mokrą karmę, Assunta ją miesza z tą suchą i jakoś dają radę. Pilnuję czystej wody, zbiorowo podaję leki na robaki (jeden z moich katalogów ze zdjęciami w telefonie to katalog kotów, które na pewno zjadły tabletkę) i mam za sobą już dwie kastracje ( perypetie z nimi zasługują na osobną opowieść). Nie piszę tego, by się chwalić, ale by jasno wyrazić swoje zdanie- naszym obowiązkiem jako ludzi jest dbać o tych, których oswoiliśmy, i tu się zgadzam z de Saint-Exupéry’em. „Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Wspieram DIOZ, wspieram Fundację „Judyta”, ale najbardziej wspieram Fundację Człowiek dla Zwierząt, bo nie jest tak medialna i jest im zdecydowanie trudniej.

Popatrzcie na ich profil na facebooku, zobaczcie ile jest tych zwierząt, jak żyją, jak Fundacja się dla nich stara, jaki mają teren, to nie są psy w boksach, gotujące się tym koszmarnym upale. To są psy, koty, konie, masa zwierząt, którymi trzeba się zająć i je wykarmić, które trzeba schłodzić, chronić przed tym koszmarnym upałem. I które zawiódł człowiek, bo w słowie cZŁOwiek, jest słowo ZŁO.

Fundacja musi przetrwać do ostatecznego rozliczenia wpłat z 1/5 % podatków. Obawiam się, że nie będzie ich tyle co zwykle z powodu zmian w postaci automatycznego rozliczania podatku. To jest naprawdę bardzo obciążające- nigdy nie wiedzieć na co można liczyć, a zwierzęta karmić trzeba, rachunki płacić trzeba.

Tak, tak wiem- żadne z Was nigdy nie wyrzuciło kota przez okno, nie przywiązało psa w lesie, nie porzuciło psa na drodze w polach- tego jestem pewna. Ale robią tak nasi sąsiedzi, krewni, znajomi ze szkoły, ludzie których mijamy na ulicy. Świat dał nam Trumpa, Putina, Koreę Północną, długo by wymieniać. Ale! Póki im się przeciwstawiamy, póty jest szansa dla tego świata.

Proszę Was, pomóżmy. Można w różny sposób- zrobić przelew, można zamówić karmę,

Podaję dane:

Bank Spółdzielczy w Słomnikach 78 86140001 0010 0147 5971 0001

Swift; POLUPLPR 7886140001 0010 0147 5971 0001

PayPal czlowiekdlazwierzat@gmail.com

BLIK 783 553 197

Bardzo, bardzo Was proszę, każdego z osobna.

A na zachętę zdjęcia moich klusek- wychuchanych, zadbanych, a przecież wziętych z ulicy (poza Klusią, rasową brytyjką, której poprzedni pseudo-właściciel stworzył piekło na ziemi).

Mania, Klusia i Czarny:

Li


To jest ten sam Księżyc, to samo niebo.

2 lipca, 2026

Wczoraj nad moim włoskim miasteczkiem przeszła potężna burza. Przez 6 godzin nie było prądu, co daje mi do myślenia, bo to dzieje się kolejny raz, burza równa się brak prądu. A ja mam wszystko na prąd, łącznie z kuchnią.Nie chciałam gazu, bo gaz jest tutaj tylko w butlach, a wizja mnie za kilka lat- starszej pani wciągającej butlę na drugie piętro do kuchni była mało kusząca. Włosi sobie radzą w sposób trochę mnie przerażający- butla stoi na dole, do góry poprowadzony jest wężyk z gazem, (nie)nowoczesność w domu i w zagrodzie, ale jakoś to hula. Z naciskiem na „jakoś”.

Postanowiłam dać wolne swojej niecierpliwości i rozciągnąć projekt „Dom w Kalabrii” na co najmniej dwa lata. Tyle będzie to trwało wraz z remontem elewacji. Musi być śliczna! Nie można jej robić latem, bo jest za gorąco, farba będzie się łuszczyć. Muszę poczekać do zimy, a może nawet wczesnej wiosny. Wspaniale! Proces twórczy będzie mnie cieszyć dłużej. Największą bowiem radość mam z tworzenia, szukania, zmian decyzji, powrotu do pierwotnych pomysłów, a potem jednak kolejnej zmiany, stan ekscytacji chyba mnie od siebie uzależnił. Mam tyle pomysłów na ulepszenie, upiększenie, nadanie błysku, że roku mi nie starczy. Piano, piano Monia, piano, piano…No i trzymanie się budżetu, to jest moje największe i najtrudniejsze wyzwanie.

Do tego mam pomysły na placyk przed domem, z wielkimi donicami z bugenvillą.

Powiedziałam wczoraj Antonio, że sufit w kuchni chcę mieć niebieski. Przez telefon widziałam, jak przewrócił oczami. Ale jak to będzie pięknie wyglądać z drewnianymi belkami!

Rozwiązałam problem przewozu obrazów- ściągnęłam je z blejtramów, zrolowałam i przewożę w tubie. Oprawię je w Kalabrii, znalazłam już kilka miejsc niedaleko miasteczka, wszystko da się zrobić i znaleźć, trzeba tylko bardzo nie chcieć jechać autem przez 2300 km, starzeję się czy co?

Huk, roboty, huk! Uwielbiam to, bo potem zawsze przychodzi chwila spokoju. A po burzy prędzej czy później zawsze przychodzi słońce.

Li


Zrobiłam pewne

30 czerwca, 2026

remontowe założenia, których teraz trudno mi się trzymać. Bo cierpię męki. Obecnie cierpię męki łazienkowe. Kupiłam płytki, które spełniały wszystkie wyznaczone samej sobie wymagania- tanie, ale nie najtańsze, w kolorze szałwiowym, ale nienachalnie, będące na stanie sklepu, bez konieczności czekania na relizację zamówienia, ładne, ale… zupełnie bez charakteru domu. Lubię spójność w aranżacji, a będą dwa różne światy. Pocieszam się, że docelowo to będzie łazienka moich dziewczyn, dla siebie zrobię wiosną łazienkę przy sypialni piętro niżej i obiecuję sobie uroczyście, że zamówię płytki takie, jakie będą dla mnie idealne. Bez wyrzeczeń i kompromisów. Absolutnie vintage.

Wczorajszy wieczór spędziłam na whatsappie dyskutując z Antonio. Jak trudno jest ustalać sposób ułożenia piastrelle przez telefon, ech! Ale jednocześnie ile radości, że gdy będę w Kalabrii za dwa tygodnie, będę mieć już nową łazienkę!

Jeszcze tyle przede mną, ale jak już wiele za mną! Szukam starego stołu, wygodnych krzeseł, lustra do łazienki w srebrnych ramach, kinkietów, starych lamp, mnóstwa potrzebnych mi rzeczy, to tworzenie domu od początku, ale z koniecznym wrażeniem, że tak właśnie było od lat. Mam niepowtarzalną szansę na posiadanie tylko potrzebnych przedmiotów, bez przydasiów, bez trudnych do wyeksmitowania wiecznych lokatorów szuflad i szafek, ciekawa jestem tego nowego porządku. I nie mam złudzeń, haha.

A. dziś w nocy wróciła do Krakowa i oficjalnie ustawiłyśmy nowy poziom nieszczęśliwości-konieczność powrotu z naszego miasteczka. Tam naprawdę można się odciąć, poczuć wolność, wiatr zmian, mieć czas dla siebie i mieć pod dostatkiem pysznej, pełnej polifenoli oliwy od kuzynki Riny-Meliny. Zaledwie 10 euro za litr, macie pojęcie?

Rina zabezpiecza mnie z każdej strony- od jej kuzynki mam oliwę, od kuzyna farmaceuty mam leki, od sąsiada piekarza-chleb, od brata karczochy, pomidory i przez całą wiosnę wiadra pomarańczy, do koleżanki Rosity chodzimy na pizzę. Włosi żyją relacjami i w relacjach, uwielbiam to, bo nie musząc w nie wchodzić głębiej, omijają mnie wszelkie konflikty i afery, żyję radością, naiwnością dziecka, jestem chłonną gąbką na wszystkie kalabryjskie przygody.

Li


Castrato

29 czerwca, 2026

Mąż mojej A. mimo wielkich wysiłków okupionych godzinami na Duolingo nie opanował jeszcze włoskiego w stopniu umożliwiającym swobodne porozumiewanie się, został więc królem translatora i aplikacji deepL.

M. jest człowiekiem, który potrafi wszystko zrobić i wszystko naprawić, jest więc stałym bywalcem miejscowych sklepów budowlanych. Jaskiń męskości.

Cierpi tam jednak okrutnie, za każdym razem godzony w swoje męskie ego, bo z jakiegoś nierozwiązanego do tej pory powodu translator w jego telefonie zamiast ciepłego męskiego głosu mówi głosem prawdziwego kastrata- cieniutko, wysoko i szybko. Gdy M. odpala aplikację, to nikt nie jest w stanie zachować powagi, brzmi to absolutnie komicznie, a kontrast pomiędzy jego posturą a cienkim szczebiocikiem jest obezwładniający. Nic nie daje odinstalowanie aplikacji, grzebanie w ustawieniach, tęgie informatyczne głowy próbowały rozwiązać ten problem. M. cierpi, ale jednocześnie budzi w sprzedawcach uczucia opiekuńcze.

Namawiam go, by to zostawił, bo zawsze, ale to zawsze castrato poprawia nam humor, nie da się słuchać obojętnie.

Jednak nie polecę do Kalabrii w środę, upał zwyciężył. Kupiłam kolejny bilet za dwa tygodnie, będzie już wtedy zrobiona łazienka, będę mogła spać w swoim domu! Nie mogę się tego doczekać.

Chcecie zobaczyć meble, które dostałam od Elli- mogę je pokazać, ale na razie stoją jak stoją. Rozebrane.

Moim osobistym nieszczęściem jest ta podłoga, którą widac na zdjęciach. Bardzo mi się NIE podoba, ale jest porządna i ładnie położona. Musiałam zamknąć oczy i pomyśleć rozsądnie (a jak wiadomo u mnie to rzadko się zdarza jeżeli chodzi o wnętrza, bo wewnętrzny kompas stanowczo kieruje mnie zawsze w stronę ładności). Nie było sensu jej zmieniać, tym bardziej że jest na jakichś 90 metrach kwadratowych. Zmieniłam tylko podłogę w kuchni i na tarasach. Tylko lub aż. Jak będzie zafugowana, to ją pokażę.

Dziś wielki dzień, pierwsze piastrelle w łazience. Nie są szczytem moich marzeń, ale są rozsądnie ładne. Musiałam trzymać się w ryzach, bo to ma byc przytulny, kochany wiejski dom, a nie pałac w Toskanii. Niestety:D

Li


Dokąd idzie

28 czerwca, 2026

życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz. Oczywiście Lec. Jego „Myśli nieuczesane” od lat leżą przy moim łóżku i naprawdę czasem ratują mój dzień. Otwieram na chybił trafił i w chwilach zwątpienia, stresu czy lęku dostaję otrzeźwiający cios prosto w serce, a raczej w rozum. Tak, wiem, jest mi trochę łatwiej niż przeciętnej Polce- mam dobry zawód, zabezpieczenie finansowe i wolność w szerokim tego słowa znaczeniu. Ale jednak dobrze pamiętam miesiące depresji i braku chęci do życia (i to wszystko przez tęsknotę za Nemo, teraz mogę się z tego tylko śmiać), braku chęci do czegokolwiek do tego stopnia, że dopuściłam do odcięcia nam prądu i to nieletnia Karolcia ze swoich mizernych wówczas oszczędności pokryła dług. Pamiętamy to wszystkie do dziś. Duża lekcja pokory.

Najbardziej wyczerpywało mnie udawanie, że jest ok.

Teraz mogę być sobą tak bardzo, jak tylko sobą jestem. Moje dziewczyny są cudownymi, wspaniałymi kobietami i stoją za mną murem. Cokolwiek nie zrobię, to dają mi wolną rękę. Składają mi życzenia na Dzień Matki, ale i na Dzień Ojca. Bo byłam dla nich mamotatą.

Dlatego teraz nadszedł czas dla mnie, na realizowanie moich marzeń, na nieoglądanie się na nikogo. Jestem pierwsza dla siebie w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie dam nikomu ograniczyć swojej wolności wyboru, radości życia i poglądów.

Wczoraj spotkałam się z przyjaciółką mojej Mamy. Janka, lat 84, emerytowana prokurator, z niesamowitą chęcią i ciekawością życia. Jest skorpionem, tak jak ja. Nadajemy na tych samych falach. Mocno mi kibicuje, obiecałam, że zabiorę ją do Kalabrii.

Na razie w środę zabieram tam siebie. Wczoraj dzwoniła do mnie A., która z mężem jest w naszym miasteczku od tygodnia i ciągle trwa w zachwycie nad naszym świetnym życiowym pomysłem na dołożenie sobie wydatków.

Tak, chwilo trwaj! Od jutra u mnie ragazzi kładą pierwsze płytki w łazience. Proste, szałwiowo-szare, mało włoskie, ale za to w cenie poniżej 25 euro na metr kwadratowy. Takie miałam założenie w moim budżecie i mocno się go trzymałam, by móc poszaleć z płytkami na ścianie w kuchni (szalone 29 euro za metr).

I jak tu się nie cieszyć?

Li